Zamierzałam zrobić głodówkę. Zjadłam cztery placki ziemniaczane. I mam ochotę ryczeć. Życie wymyka mi się spod palców. Na wadze rano było 62,6. Kurwa. Trzy kilogramy więcej... Niech mnie ktoś zabije. Ten pieprzony senes nie działa. Nie wiem dlaczego. Chcę tylko zniknąć. Nie daję sobie rady. Dodatkowo dobiła mnie kartkówka z historii. Zawaliłam. Konkretnie. Najpewniej dostanę pałę. Wracając na stancję miałam ochotę ryczeć. A potem pójść kupić żyletkę. Teraz łzy mi lecą po policzkach.
Dlaczego to wszystko musi być takie chore? Dlaczego nic nie może się ułożyć? Czy gdybym zniknęła, tak naprawdę ktokolwiek by za mną zapłakał? Może przez chwilę. Szybko wróciliby do normalności. Tak cholernie chcę zniknąć.
30 października 2017
29 października 2017
28 października 2017
31.
ok. 1600 kcal
-188 kcal
4:24
A ja czekam na rozpoczęcie się transmisji koncertu. Znaczy... transmisja już się rozpoczęła, ale do samego koncertu jeszcze pięć minut. ;-;
Linkin Park w sumie towarzyszyło mi od zawsze. Brat słuchał tego, gdy byłam mała. Nie pamiętam, żebym się jakoś specjalnie przysłuchiwała, ale moja własna przygoda z nim rozpoczęła się jakieś siedem lat temu. A ta prawdziwa jakoś w marcu 2012 roku. Wcześniej słuchałam, bo słuchałam. W marcu się zakochałam. W sierpniu zorientowałam, że ominął mnie koncert i tragedia. Potem prawie dwa lata czekania i... grają we Wrocławiu! Muszę jechać! Pojechałam. Z bratem i siostrą. Zabrali dwunastoletnie wtedy jeszcze (dobra, trzynaste urodziny miałam mieć miesiąc później, więc ciii) szczyla na koncert do Wrocławia. Spełnienie marzeń. Radość, pisk. Wciąż pamiętam, jak bardzo zakochana w tej muzyce byłam.
Linkin Park towarzyszy mi wszędzie. W domu, na stancji, w drodze do szkoły, podczas spacerów... Nie ma dnia, żebym chociaż jednej ich piosenki nie posłuchała. Głos Chestera dawał mi siłę, kiedy jej nie miałam. Wciąż daje, chociaż miną jeszcze długie dni, nim zdołam słuchać niektórych piosenek bez bólu w sercu. Może i to głupie tęsknić za kimś, kogo się nie poznało, ale ten zespół jest częścią mojego życia. Mike, Rob, David, Joe, Brad... no i Chester, nawet jeżeli nie ma go już wśród żywych... zawsze będą częścią mojego życia. Teraz i za sto lat.
Zaczęło się.
Oglądam i płaczę. Ale nie tylko ja. Widzę łzy w oczach zebranych tam ludzi, gdy kamera na nich wskaże.
Te wstawki wspomnień. Chester śpiewający "mamamamamamama!". I "Numb". Tłum śpiewający "Numb" bez niego.
Przy "Castle of Glass" łzy przestały lecieć. Dziwnie jest przeżywać śmierć kogoś, kto był równocześnie obcym człowiekiem i kimś bliskim.
5:54
Jestem już tak bardzo zmęczona, oczy mi się kleją, ale chcę dotrwać do końca.
12:40
Dotrwałam do końca live'a. Teraz, po pięciu godzinach nie jestem wciąż w stanie wyjść z szoku. Płakałam, śmiałam się i śpiewałam pod nosem. Ale wiecie co, kochani? Będę walczyć. Nie poddam się. Kiedy słuchałam słów Talindy, podjęłam ważną decyzję. Nie chcę się poddawać. Bo miałam już plany. Zarys. Nie mogę. Nie mogę tego zrobić. Mam przecież plany. Marzenia. Nie mogę ich porzucić. Jeden człowiek nie zmieni losów świata. Ale mogę inspirować, dzielić się sobą i moimi pasjami. Jeżeli tylko się odważę, przestanę się bać, mogę zmienić czyjeś życie na lepsze. Wierzę w to. Może któraś z Was uzna to, co piszę za głupotę, ale... czy jeżeli istnieje chociaż cień szansy, nie powinnam spróbować?
Podejrzewam, że w moim przypadku to już nie jest zwykłe odchudzanie się. Weszłam w to zbyt mocno. Płacz, gdy widzę na wadze więcej, niż bym chciała. Tendencje do głodówek (muszę się zmuszać do jedzenia). Paniczny strach przed przytyciem. Ale dam sobie radę. Schudnę, a potem wrócę do nowego, lepszego życia. Nie poddam się. Będę szczęśliwa.
15:47
W rzeczywistości mam nadzieję, że nie przekroczyłam 1400 kcal i mocno zawyżyłam bilans.
16:53
To, czy zaliczam dzień, pokazuje w dużej mierze to, jak się czuję. Nie zaliczam ich obiektywnie, tylko subiektywnie. Dziś przegrałam walkę z samą sobą, ale mam całą wojnę do wygrania. Nie pozwolę, by jedna porażka mnie pokonała. Nigdy.
Linkin Park w sumie towarzyszyło mi od zawsze. Brat słuchał tego, gdy byłam mała. Nie pamiętam, żebym się jakoś specjalnie przysłuchiwała, ale moja własna przygoda z nim rozpoczęła się jakieś siedem lat temu. A ta prawdziwa jakoś w marcu 2012 roku. Wcześniej słuchałam, bo słuchałam. W marcu się zakochałam. W sierpniu zorientowałam, że ominął mnie koncert i tragedia. Potem prawie dwa lata czekania i... grają we Wrocławiu! Muszę jechać! Pojechałam. Z bratem i siostrą. Zabrali dwunastoletnie wtedy jeszcze (dobra, trzynaste urodziny miałam mieć miesiąc później, więc ciii) szczyla na koncert do Wrocławia. Spełnienie marzeń. Radość, pisk. Wciąż pamiętam, jak bardzo zakochana w tej muzyce byłam.
Linkin Park towarzyszy mi wszędzie. W domu, na stancji, w drodze do szkoły, podczas spacerów... Nie ma dnia, żebym chociaż jednej ich piosenki nie posłuchała. Głos Chestera dawał mi siłę, kiedy jej nie miałam. Wciąż daje, chociaż miną jeszcze długie dni, nim zdołam słuchać niektórych piosenek bez bólu w sercu. Może i to głupie tęsknić za kimś, kogo się nie poznało, ale ten zespół jest częścią mojego życia. Mike, Rob, David, Joe, Brad... no i Chester, nawet jeżeli nie ma go już wśród żywych... zawsze będą częścią mojego życia. Teraz i za sto lat.
Zaczęło się.
Oglądam i płaczę. Ale nie tylko ja. Widzę łzy w oczach zebranych tam ludzi, gdy kamera na nich wskaże.
Te wstawki wspomnień. Chester śpiewający "mamamamamamama!". I "Numb". Tłum śpiewający "Numb" bez niego.
Przy "Castle of Glass" łzy przestały lecieć. Dziwnie jest przeżywać śmierć kogoś, kto był równocześnie obcym człowiekiem i kimś bliskim.
5:54
Jestem już tak bardzo zmęczona, oczy mi się kleją, ale chcę dotrwać do końca.
12:40
Dotrwałam do końca live'a. Teraz, po pięciu godzinach nie jestem wciąż w stanie wyjść z szoku. Płakałam, śmiałam się i śpiewałam pod nosem. Ale wiecie co, kochani? Będę walczyć. Nie poddam się. Kiedy słuchałam słów Talindy, podjęłam ważną decyzję. Nie chcę się poddawać. Bo miałam już plany. Zarys. Nie mogę. Nie mogę tego zrobić. Mam przecież plany. Marzenia. Nie mogę ich porzucić. Jeden człowiek nie zmieni losów świata. Ale mogę inspirować, dzielić się sobą i moimi pasjami. Jeżeli tylko się odważę, przestanę się bać, mogę zmienić czyjeś życie na lepsze. Wierzę w to. Może któraś z Was uzna to, co piszę za głupotę, ale... czy jeżeli istnieje chociaż cień szansy, nie powinnam spróbować?
Podejrzewam, że w moim przypadku to już nie jest zwykłe odchudzanie się. Weszłam w to zbyt mocno. Płacz, gdy widzę na wadze więcej, niż bym chciała. Tendencje do głodówek (muszę się zmuszać do jedzenia). Paniczny strach przed przytyciem. Ale dam sobie radę. Schudnę, a potem wrócę do nowego, lepszego życia. Nie poddam się. Będę szczęśliwa.
15:47
W rzeczywistości mam nadzieję, że nie przekroczyłam 1400 kcal i mocno zawyżyłam bilans.
16:53
To, czy zaliczam dzień, pokazuje w dużej mierze to, jak się czuję. Nie zaliczam ich obiektywnie, tylko subiektywnie. Dziś przegrałam walkę z samą sobą, ale mam całą wojnę do wygrania. Nie pozwolę, by jedna porażka mnie pokonała. Nigdy.
27 października 2017
30.
-312 kcal z krokomierza
- nie wiem ile za basen.
- nie wiem ile za basen.
Masakrycznie dużo, ale w limicie się zmieściłam. Wczoraj z wywodem mnie poniosło, ale... ile można tego słuchać? Męczy. Jestem zmęczona.
Mama wyjeżdża 18 grudnia. Znowu nie będzie jej na święta. Kurwa, ogarnij się, Lisie. Nienawidzisz jej przecież za zniszczoną psychikę. Więc dlaczego jej nieobecność tak bardzo boli? Dlaczego znowu będzie wszystko nie tak, jak miało być? Od trzech lat ratuje święta. Nie mam już sił na ponowne ich ratowanie. Po prostu nie mam. Serducho po raz tysięczny mi pękło. Jestem tak cholernie zmęczona. Jutro wstaję o 3:50, żeby oglądać transmisję koncertu upamiętniającego Chestera. Minęły już ponad trzy miesiące, a ja wciąż nie mogę uwierzyć, że go nie ma. Meh.
Idę spać. ;-;
Wasze blogi najpewniej odwiedzę dopiero w niedzielę, bo nie mam ze sobą mojego laptopa. Piszę ze sprzętu taty, a nie chcę się bawić w czyszczenie historii.
Na weekendach, dopóki mama jest w domu, jem normalnie. Odbiję sobie podczas tygodnia.
Edit: Nie potrafię. Te cholerne wyrzuty sumienia, kiedy jem normalnie... Meh, dzień niezaliczony.
Wasze blogi najpewniej odwiedzę dopiero w niedzielę, bo nie mam ze sobą mojego laptopa. Piszę ze sprzętu taty, a nie chcę się bawić w czyszczenie historii.
Na weekendach, dopóki mama jest w domu, jem normalnie. Odbiję sobie podczas tygodnia.
Edit: Nie potrafię. Te cholerne wyrzuty sumienia, kiedy jem normalnie... Meh, dzień niezaliczony.
26 października 2017
29.
252 kcal
-257 kcal z krokomierza.
-257 kcal z krokomierza.
Pieprzyć to. Senes nie zadziałał. Robię pseudogłodówkę. Mogę zjeść maksymalnie 300 kcal. Czuję się masakrycznie gruba. Jutro znowu powrót do domu. I znowu mama z jedzeniem. Powiem im, że przeszłam na weganizm. Dodatkowo będę próbowała wmówić, że zjadłam ze znajomymi po lekcjach, więc nie jestem głodna. Coś wymyślę. Muszę coś wymyślić.
Chcę whippeta. Pies moich marzeń. Rasa, która sprawiła, że zapomniałam o całym bożym świecie. Kocham te psiska za ich charakter, wygląd, usposobienie... są tak piękne i wspaniałe, mają tyle zalet, że ciężko mi wyjść z wrażenia. Nim natknęłam się na whippety, zmieniałam "ulubioną" rasę co miesiąc. Odkąd dowiedziałam się o ich istnieniu i poczytałam o nich minął rok i prawie pięć miesięcy. Kocham jeszcze mocniej, niż kochałam w maju 2016.
Wszystko mam wyliczone. Zaplanowane.
Wszystko mam wyliczone. Zaplanowane.
Klatka transportowa, w której siedziałby, gdy mnie by nie było, żeby nie niszczył - 280 złotych.
Legowisko - od 60 do 250 złotych.
Miski, zabawki, poidła, przybory do pielęgnacji - pewnie zamknę się w 350 złotych.
Ubranka kupowane będą dopiero jesienią, więc tego nie liczę jako podstawowy koszt.
Karma 24 kg - 400 złotych.
Szelki, smycz i obroża - chcę się zamknąć w 150 złotych, bo szczeniak wyrośnie, więc będzie do wymiany.
Szczeniak - ok. 4-4,5 tysiąca.
Na początek wszystko wyniesie mnie ok. sześciu tysięcy. Dużo. Ale jeżeli sama na to zarobię, to czemu nie?
Dzień smutny. Zamiast głodówki zeżarłam trzy paski gorzkiej czekolady. Wzięłam znowu senes. Znowu mam mini-depresję. Nic mi się nie chce. Mogłabym usiąść i płakać. Ale muszę przeżyć. Muszę dać radę. Muszę.
Ed:
Nie odpisuję na komentarzem, ale jak zobaczyłam o adopcji, to mnie coś zgięło i błyski furii pojawiły się w moich oczach. Następna osoba, która poruszy ten temat, prawdopodobnie zostanie uduszona. Cały czas. Cały pieprzony czas, ktoś próbuje mi wmówić, że jestem okropna i nieczuła, bo nie chcę teraz adoptować psa. Więc już na samo słowo "schronisko" mam atak irytacji i złości. I mam ochotę mordować. Niech no coś wyjaśnię. NIE jestem gotowa na odpowiedzialność, jaką niesie ze sobą schroniskowiec. SAMA mam, do kuźwy nędzy, skrzywioną psychikę. Nie zamierzam martwić się, że mój nagły wybuch płaczu, mój gorszy dzień, zrobi psu krzywdę, bo, np. ktoś się nad nim znęcał. Nie zamierzam brać kota w pieprzonym worku. Bo schroniskowiec to może być bomba z opóźnionym zapłonem. Nie stać mnie, żebym latała po wetach, bo schronisko/właściciele poprzedni zaniedbali psa. Nie TERAZ. KIEDYŚ zamierzam mieć psa ze schroniska. Nawet kilka. I hodowlę whippetów.
TERAZ chcę pewny charakter, wystawy i wszystko to, co da mi pies z rodowodem. Chcę pewnego przyjaciela, który nie będzie się bał, który będzie stał dumnie u mojego boku. Nie jestem gotowa na schroniskowca. Nie będę, dopóki nie będę miała własnego domu, posesji, warunków na opiekę nad nim. Dopóki nie będzie mnie stać, żeby latać do weta, behawiorysty i kupować specjalistyczne karmy, które pomogą leczyć ewentualne choróbska. Żaden pies nie jest zabawką. Ale psy ze schroniska to są, kuźwa, psy specjalne. Ich psychika jest w pewnym sensie uszkodzona. Nie zamierzam brać tak wielkiej odpowiedzialności.
Poza tym... chcę whippeta. Nie pseudowhippeta. Nie podróbkę. Chcę rasowego whippeta z jednej konkretnej hodowli. Schroniskowiec? Tak. Ale nie teraz. Gdy będę miała własny dom, czas i pieniądze, żeby mu pomóc i zapewnić najlepszy komfort, czemu nie? Na tę chwilę nie ma o tym mowy i będę gryzła, gdy ktoś rozpocznie temat. Możecie mnie za to hejcić, nienawidzić, nazwać nieczułą. Wisi mi to. Nie zamierzam brać obowiązku, któremu mogłabym nie podołać. W przypadku rasowca będę miała wsparcie hodowcy. Hodowla, z której chcę wziąć, jest wspaniała. Kontaktowi ludzie, którzy pomogą mi, jeżeli będę miała jakiekolwiek kłopoty z psem. Nie zamierzam brać i oddawać, niszcząc psa, który się przywiąże, bo coś mi nie wyjdzie. Po rasowcu wiem czego się spodziewać. Po mieszańcu nie. Sorry, w przyszłości to pewnie nawet dom tymczasowy otworzę i będę zgarniać wszystkie przybłędy/zwierzęta w trudnej sytuacji. Na tę chwilę nie stać mnie na to i nie mam czasu na taki obowiązek. Brak logiki? Nie. A jeżeli ktoś tak myśli, to wisi mi to. Mam dość słuchania tysiąc pięćset sto dziewięćset razy, że nie ma serca, bo nie chcę teraz psa ze schroniska. 'A może adoptujesz'. Nie, kuźwa. Nie adoptuję TERAZ, bo nie jestem gotowa. Czym innym jest dostać pewnego psa, a czym innym takiego, który może mieć bardziej zrytą psychikę, niż ja. Zaopiekowałabym się nim. Kochałabym całym sercem, ale nie byłabym w stanie pomóc. Jeszcze nie.-.-
Musiałam to z siebie wyrzucić. I, zanim zostanę zjedzona, tak, na schroniskowca też bym tyle wydawała. A nawet więcej. Psia szkółka + wizyty u behawiorysty, żeby wyleczyć psią psychikę. Częstsze wizyty u weta, żeby od razu zapobiegać skutkom złego żywienia/złego traktowania. Specjalistyczne karmy, jeżeli pies będzie miał jakąś alergię. Dużo, dużo czasu poświęcone na odwrócenie tego, co zostało zniszczone. Włożyłabym całe serce w opiekę i wychowanie takiego psa. Nie uważam schroniskowców za gorsze. Za trudniejsze tak. Za wymagające dużo więcej pracy, żeby naprawić to, co zniszczyli ludzie, tak. Za takie, którym trzeba odbudować świat od podstaw, tak. Ale każdemu psu należy się miłość, czas i szacunek. Zrozumcie po prostu, że wolę iść na tę chwilę na łatwiznę. Wolę spełnić marzenie, dorosnąć, ustatkować się, a potem dodatkowo pomagać. Teraz nie jestem gotowa na psa, który mógłby mi "zwariować" bez powodu. Powód oczywiście zawsze jest, ale ja bym go nie znała. Dobrze socjalizowany rasowiec, jeżeli JA nie skopię sprawy, ma dużo mniejsze szanse na to. A hodowlę, z której chcę papsia, uważam za najlepszą w kraju. To naprawdę wspaniali ludzie.
*wdech i wydech* Uspokój się, Lisie. To nie był atak na nikogo. To był napad furii, która gromadzi się we mnie od lat. Bo ile można tego słuchać? Mogłabym nie chcieć w przyszłości adoptować psów (a chcę) i mieć tylko rasowce. Moje prawo. Nikomu nic do tego. Moja decyzja, mam do niej prawo.
Czuję się głupio przez tę ścianę tekstu, ale jej nie usunę. Bo jestem zmęczona. Jeżeli ktoś jeszcze kiedyś rzuci tekst o schronisku, to zamiast na miejscu rozszarpać, odeślę tutaj.
Może i zbyt szybko unoszę się gniewem. To przez moje rude włosy i stereotypy. Ludzie mówią, że rudzielce są temperamentne, więc podświadomie się stałam taką, jaką mnie oczekiwali.
25 października 2017
28.
Nie wiem, ile kcal. Nie wiem, jaka waga. Chcę tylko zniknąć. Wzięłam pięć tabletek z senesem. Zaraz nasmaruję się kremem i idę spać. W piątek przekażę rodzicom, że zdecydowałam się przejść na weganizm.
Właściciel stancji ma uczulenie na sierść, więc psisko u niego odpada. Jeżeli uda mi się do marca zdobyć osiem tysięcy (jak?!), to powiem o tym rodzicom, że chcę zmienić stancję. Będę mogła za nią dopłacać. Byle pozwolili mi na psa.
Jedna karma 12-kilogaramowa dla szczeniaka wyniesie mnie ok. 200 złotych. Taka karma, jeżeli trzymać się zaleceń żywieniowych, starczy na ok. 48 dni. Zamierzam kupować w pakiecie 2 x 12 kg, czyli całość wyniesie mnie 400 złotych i całość starczy na ok. 100 dni. Kupi się potem jeszcze jedną taką porcję i może pojedynczo 12 kg i przerzuci na karmę dla psów dorosłych. Karmy dla dorosłych są o ok. 30 złotych tańsze, jeżeli będę kupować po 24 kg. Wiadomo, że to będą tylko karmy podstawowe. Do tego owoce, warzywa, twaróg, etc. Chciałabym się jednak zmieścić w wydatkach do 280 złotych na żarło dla psiska na miesiąc. Przez rok to by było ok. 3000 złotych. Do tego zabawki, psie przedszkole (myślę, że na całość pójdzie ok. 1000 złotych, może trochę mniej), wet, składki członkowskie, wystawy... Pierwszy rok pewnie wyniesie mnie ok. pięciu tysięcy na utrzymanie (szczeniak ok. czterech). U roczniaka być może zdecyduję się na dodatkowy kurs stacjonarny (14 dni kosztuje 900 złotych), więc drugi rok to też będą spore koszty (myślę, że zamknę się w pięciu spokojnie, ale i tak...). Muszę koniecznie założyć sobie konto bankowe. Potem pewnie będę się zamykać w czterech-trzech i pół. Masa hajsu. Niemniej chcę tego. Jestem świadoma obowiązków i kosztów. Dam radę. Nawet, jeżeli będę musiała sobie odmawiać, to dam radę. Muszę.
Wiem, że miałam wczoraj odwiedzić Wasze blogi, ale dopiero wróciłam na stancję i padam z nóg. Jutro, obiecuję.
Tak. Następne miesiące, to będzie gadanie o psie. Nakręciłam się.
Tak. Następne miesiące, to będzie gadanie o psie. Nakręciłam się.
23 października 2017
27.
ok. 800 kcal
-291 kcal
-291 kcal
Jakoś żyję. Już trochę ze mną lepiej. Hodowla, którą stalczę, ma mieć na wiosnę miot. Współlokatorki do psa przekonałam. Teraz właściciel, rodzice i zarobić osiem tysięcy. Cztery na papsia i cztery na rzeczy dla niego. Kill me, please. Jakoś to zrobię. Muszę. ;-;
Blogi nadrobię jutro. Teraz czas na matmę...
Blogi nadrobię jutro. Teraz czas na matmę...
22 października 2017
26.
Depresyjnych nastrojów ciąg dalszy. Boli psychika. Boli dusza. Boli ciało. Dzień solidnie spieprzyłam. Do końca tygodnia zostaję na do 600 kcal. Na weekend nie wracam do domu, ale za to najpewniej we wtorek wpadam na noc. Niemniej dam radę. Udam chorą, czy coś, żeby nie jeść. Mam ochotę się zagłodzić. Przestać w ogóle jeść. Nie zasługuję na to.
Zdałam sobie sprawę z tego, jak brudna i zbrukana się czuję. Im więcej czasu mija od tamtych wydarzeń, tym więcej rozumiem i bardziej boli. Nie potrafię już sobie sama z tym radzić. Nie potrafię czerpać radości z tego, co kiedyś mi ją sprawiało. Nie potrafię zaakceptować tego, co się stało. Nie potrafię udawać, że nic się nie wydarzyło. Czy powiedzenie wprost, nazwanie tego, co mnie spotkało po imieniu, cokolwiek zmieni? Czy pozwoli ruszyć mi dalej? Nie wiem. Spróbuję. Spróbuję, bo nie potrafię tak dłużej.
Jak dziecko byłam regularnie gwałcona i molestowana przez chłopaka, którego uważałam za najlepszego przyjaciela.
W moje dwunaste urodziny najprawdopodobniej uniknęłam gwałtu z rąk starego, pijanego sukinsyna. Facet wyraźnie posuwał się zbyt daleko (nie miał prawa mnie dotknąć, nie miał prawa mnie dotykać. nie miał. nie miał pieprzonego prawa, by mnie całować po twarzy, przytulać, dotykać moich pośladków. To nie była moja wina. Nie miał prawa.), gdyby nie pewne wydarzenie, wolę nie myśleć, jak to by się skończyło.
Przez prawie dziesięć lat byłam poniżana, wyzywana, gnębiona i prześladowana. Przez włosy. Przez wagę. Przez inteligencję. Przez to, że wyróżniałam się z tłumu. Przez to, że kocham zwierzęta. Przez to, że tłum musi mieć ofiarę. Nie obchodziło ich to, że mnie niszczą. Liczyło się to, żeby się pośmiać.
Odkąd pamiętam, boję się moich rodziców. Nie ufam im. Paradoksalnie, za rodzinę oddałabym życie.
Nienawidzę samej siebie. Czuję się brudna. Zbrukana. Czuję się gruba. Za każdym razem, gdy patrzę w lustro słyszę słowa, które kilka miesięcy zostały skierowane w moją stronę "A co ty możesz wiedzieć? Ciebie nikt nie chce i się nie dziwie, grubasie". Za każdym razem, gdy patrzę w lustro widzę potwora.
Nie potrafię poradzić sobie z przeszłością.
21 października 2017
25.
ok. 1600/1600 kcal
Dzisiaj liczyłam bardzo na oko. W rzeczywistości podejrzewam, że nie zbliżyłam się do 1500 kcal, ale wolę zawyżyć, aniżeli zaniżyć.
Trochę ćwiczyłam, jeździłam na rowerze, piekłam, wałkowałam, ale o nauce zapomniałam. Jutro muszę się solidnie spiąć, posprzątać z rana, wrócić na stancję, ogarnąć wszystkie lekcje, a potem położę się i będę ryczeć.
Muszę jeszcze się wykąpać.
Wlazłam na domową wagę. 56,6 kg. Jutro pewnie też na nią wlezę. I załamię się, jeżeli będzie więcej. Tylko cyfry. Tylko cyfry. To tylko pieprzone cyfry, a jednak znaczą tak wiele. Jestem o krok od całkowitego załamania. Śmieję się, uśmiecham... udaję, że wszystko jest dobrze. Ale nie jest. Nic, kurwa, nic nie jest dobrze. Ta pustka, która mnie wypełnia. Wspomnienia rąk. Wspomnienia wyzwisk. Wspomnienia przerażenia i upokorzenia. Nie chcę. Dlaczego oni tego nie widzieli? Dlaczego nikt nie nauczył mnie o tym mówić? Dlaczego nikt nie reagował, gdy tamten sukinsyn mnie molestował? Jak, jak dziecko, przecież był, jest, ode mnie tylko o dwa lata starszy, mogło zgotować innemu dziecku taki koszmar? Dlaczego nikt nie reagował, gdy kilka lat później, inny pieprzony zboczeniec zafundował mi traumę? Czemu nikt tego nie widział? Dlaczego nikt nie reagował, gdy byłam wyzywana i gnębiona? Gdy niszczyli mnie psychicznie? Dlaczego? Dlaczego nie potrafię się z tym pogodzić i to wciąż boli?
Myślałam, że ten etap mam już za sobą. Że pogodziłam się z przeszłością, że zaczęłam nowe życie. Gówno prawda. Za każdym razem, gdy widzę ich na ulicy, podczas pobytu w domu... za każdym razem, gdy przypominam sobie ich twarze, ich kpiące, przepełnione pogardą oczy i pełne nienawiści głosy... za każdym razem, gdy przypomnę sobie własne łzy. Dlaczego nauczyciele nie reagowali na szlochające w kącie dziecko? Dlaczego rodzice nie reagowali na moje błagania, by przepisali mnie do innej szkoły? Dlaczego, gdy zostałam zwyzywana i uderzona przed nauczycielką, jedynym co zrobiła, była uwaga? Dlaczego nikt, do kurwy nędzy, nie zareagował? Dlaczego nikt tego nie zatrzymał?
Pierwszy raz od... dawna płaczę z tego powodu. Znowu czuję ten ból. Samotność. Wściekłość. To był ich pieprzony obowiązek, żeby mnie chronić. Żeby zapewnić mi poczucie bezpieczeństwa. Dlaczego pozwolili na to, by moje życie zmieniło się w koszmar? Dlaczego? Czy naprawdę jestem bezwartościowym śmieciem, który nie zasługuje na to, by żyć?
Ja... chcę już tylko przestać czuć ten pieprzony ból, który powoli mnie zabija. Boli. Tak cholernie mocno boli...
Myślałam, że ten etap mam już za sobą. Że pogodziłam się z przeszłością, że zaczęłam nowe życie. Gówno prawda. Za każdym razem, gdy widzę ich na ulicy, podczas pobytu w domu... za każdym razem, gdy przypominam sobie ich twarze, ich kpiące, przepełnione pogardą oczy i pełne nienawiści głosy... za każdym razem, gdy przypomnę sobie własne łzy. Dlaczego nauczyciele nie reagowali na szlochające w kącie dziecko? Dlaczego rodzice nie reagowali na moje błagania, by przepisali mnie do innej szkoły? Dlaczego, gdy zostałam zwyzywana i uderzona przed nauczycielką, jedynym co zrobiła, była uwaga? Dlaczego nikt, do kurwy nędzy, nie zareagował? Dlaczego nikt tego nie zatrzymał?
Pierwszy raz od... dawna płaczę z tego powodu. Znowu czuję ten ból. Samotność. Wściekłość. To był ich pieprzony obowiązek, żeby mnie chronić. Żeby zapewnić mi poczucie bezpieczeństwa. Dlaczego pozwolili na to, by moje życie zmieniło się w koszmar? Dlaczego? Czy naprawdę jestem bezwartościowym śmieciem, który nie zasługuje na to, by żyć?
Ja... chcę już tylko przestać czuć ten pieprzony ból, który powoli mnie zabija. Boli. Tak cholernie mocno boli...
20 października 2017
24.
1590/1600 kcal
-305 z krokomierza,
100 brzuszków.
-305 z krokomierza,
100 brzuszków.
59,9 kg. ♥
BMI: 22,41
BMI: 22,41
Oto jest. Długo wyczekiwane 59 z przodu. ^^
Dzień intensywny. Masa chodzenia, jazda na rowerze, sporo nauki, jutro będzie leniwe, na nauce pewnie spędzę. :")
Ed:
19:58
Znowu jest ze mną źle. Nie, nie zawaliłam. Nie wiem, co się dzieje. Mam ochotę ryczeć. Mam ochotę coś sobie zrobić. Mam ochotę zniknąć. Przestać oddychać. Boli. Tak cholernie mocno boli. Niech mnie ktoś przytuli. Po prostu niech mnie ktoś przytuli, proszę.
Uczucie beznadziei jest. Nie wiem, co ze sobą zrobić. Muszę jeszcze poczekać godzinę. Potem idę spać. Nic już nie chcę. Nic.
Dzień intensywny. Masa chodzenia, jazda na rowerze, sporo nauki, jutro będzie leniwe, na nauce pewnie spędzę. :")
Ed:
19:58
Znowu jest ze mną źle. Nie, nie zawaliłam. Nie wiem, co się dzieje. Mam ochotę ryczeć. Mam ochotę coś sobie zrobić. Mam ochotę zniknąć. Przestać oddychać. Boli. Tak cholernie mocno boli. Niech mnie ktoś przytuli. Po prostu niech mnie ktoś przytuli, proszę.
Uczucie beznadziei jest. Nie wiem, co ze sobą zrobić. Muszę jeszcze poczekać godzinę. Potem idę spać. Nic już nie chcę. Nic.
19 października 2017
23.
bilans:
971/1200 kcal
brzuszki: 200
hula-hop: 16 min
-198 kcal z krokomierza
brzuszki: 200
hula-hop: 16 min
-198 kcal z krokomierza
60,0 kg ♥
Tak, tak, wiem, że nie powinnam się ważyć dzień w dzień. Dzisiejszy pomiar nie idzie do zapisek, ale i tak napawa mnie radością. Czekałam na te piękne trzy cyferki. A teraz czekam jeszcze bardziej na 59 z przodu. I nie, nie wolno ci urządzić sobie głodówki dzisiaj, Lisie. Masz określony limit, to się go trzymaj.
Okres mnie dopadł. Zwijam się z bólu. ;-;
Drugi dzień weganizmu mogę uznać za zaliczony. Szukam przepisów, które mogłyby mi pomóc zastąpić niektóre dania. Pierogi ruskie? Dobra, zrobię z tofu. Pumpkin pie? Gdzie to mleczko kokosowe?
Jutro wstaję o 3:50 i zakuwam polski. Muszę świetnie napisać sprawdzian. Po prostu muszę. ;-;
Jako że w sobotę będę w domu i nie będę miała raczej okazji normalnego zważenia się, to ważę się jutro. Potem we wtorek, bo w sobotę budzę się w domu. :") Będzie z tym zabawa. Trzymajcie się!
Okres mnie dopadł. Zwijam się z bólu. ;-;
Drugi dzień weganizmu mogę uznać za zaliczony. Szukam przepisów, które mogłyby mi pomóc zastąpić niektóre dania. Pierogi ruskie? Dobra, zrobię z tofu. Pumpkin pie? Gdzie to mleczko kokosowe?
Jutro wstaję o 3:50 i zakuwam polski. Muszę świetnie napisać sprawdzian. Po prostu muszę. ;-;
Jako że w sobotę będę w domu i nie będę miała raczej okazji normalnego zważenia się, to ważę się jutro. Potem we wtorek, bo w sobotę budzę się w domu. :") Będzie z tym zabawa. Trzymajcie się!
18 października 2017
22.
ok. 1100 kcal//1200 kcal
hula-hop: 30 min (-120 kcal)
-113 kcal z krokomierza
hula-hop: 30 min (-120 kcal)
-113 kcal z krokomierza
60,3 kg.
BMI: 22,56
Takie małe info: BMI obliczam samodzielnie, uwzględniając to, czego nie uwzględniają internetowe kalkulatory, np. to, że ja nie mam ni 1,64 m, ani 1,63 m. Mam 1,635 m. Yep, 0,005 m robi dla mnie olbrzymią różnicę. Tak samo z wagą. Gdy ważyłam 61,6 kg, nie ważyłam 61,0 kg, ale też nie było to 62 kg. Niby nic, a jednak dla mojego wewnętrznego matematyka (tia, może i jestem humanistką, ale matematyka w sobie też mam), to coś, co trzeba poprawić. ;-; Wzór na BMI jest banalny, więc korzystam i obliczam samodzielnie. BMI = waga w kg/ (wzrost w metrach do kwadratu).
Koniec matmy. Gdy wchodziłam na wagę, byłam przerażona. Jak za każdym razem. Zwłaszcza że poniedziałek był naprawdę kaloryczny i obfity. Pieruńsko bałam się, że będzie widać echo tego obżarstwa, a na wadze -0,3 kg. ♥
Chudnę raczej powoli, ale mam nadzieję, że skutecznie. Cztery dni do powrotu mamy (wraca nocą z 22 na 23), prawdopodobnie zobaczymy się we wtorek/poniedziałek, bo myślałam, żeby wpaść do domu. Może nawet we wtorek, wzięłabym wcześniej lekcje na środę (zaczynam planowo o 10:10), ubrania i skoczyła do domu na noc. 56 kg na wadze na pewno nie zobaczę, ale 59-58 będzie okay. Przeżyję.
Dzisiaj dowiem się, co sądzi polonistka o moich wierszach. Ma ktoś gdzieś sznur? Kill me, please.
8:03
Um. Przechodzę na weganizm. Od teraz. Od dziś. Jestem stanowczo zbyt emocjonalna. :")
Co mogę powiedzieć? Nowe plany. Ze względu na wcześniejszy powrót mamy, muszę pozmieniać kwestie. Na tygodniu zamierzam jeść do 1200 kcal. W weekendy maksymalna kaloryczność to 1600 kcal.
Koniec matmy. Gdy wchodziłam na wagę, byłam przerażona. Jak za każdym razem. Zwłaszcza że poniedziałek był naprawdę kaloryczny i obfity. Pieruńsko bałam się, że będzie widać echo tego obżarstwa, a na wadze -0,3 kg. ♥
Chudnę raczej powoli, ale mam nadzieję, że skutecznie. Cztery dni do powrotu mamy (wraca nocą z 22 na 23), prawdopodobnie zobaczymy się we wtorek/poniedziałek, bo myślałam, żeby wpaść do domu. Może nawet we wtorek, wzięłabym wcześniej lekcje na środę (zaczynam planowo o 10:10), ubrania i skoczyła do domu na noc. 56 kg na wadze na pewno nie zobaczę, ale 59-58 będzie okay. Przeżyję.
Dzisiaj dowiem się, co sądzi polonistka o moich wierszach. Ma ktoś gdzieś sznur? Kill me, please.
8:03
Um. Przechodzę na weganizm. Od teraz. Od dziś. Jestem stanowczo zbyt emocjonalna. :")
Nie chciałam uwierzyć w to, co widziałam w filmie. Więc sprawdziłam osobiście partnerów organizacji wymienionych w nim. Cóż... powiedzmy, że w tej kwestii się nie mylili.
Co mogę powiedzieć? Nowe plany. Ze względu na wcześniejszy powrót mamy, muszę pozmieniać kwestie. Na tygodniu zamierzam jeść do 1200 kcal. W weekendy maksymalna kaloryczność to 1600 kcal.
- poniedziałek-czwartek: 1200 kcal,
- piątek-niedziela: 1600 kcal,
- min. 4 razy w tygodniu hula-hop po pół godziny,
- dwa razy w miesiącu możliwy cheat day
- ruch to zdrowie
- weganizm, całkowity weganizm.
Idę wziąć prysznic, potem spać, rano wstaję wyspana o czwartej i uczę się chemię i edb. Muszę. Dobranoc, Motyle.
17 października 2017
21.
118 kcal
-184 kcal
Senes sobie ze mnie jaja robi. ;-; Minęło 12 godzin i nic... cóż, niech zginie, przepadnie. Dzisiaj pozwolę sobie na pomidora i raczej na nic więcej.-184 kcal
Telefon mi się zepsuł, ale nie chcę kasy od rodziców na nowy. Postanowiłam, że kupię sobie jakiś starszy model iPhone i, że sama na niego zarobię. Wybór padł na iPhone 5s o pamięci 16gb. Wydaje się być wygodny. Tutaj zaczęłam obliczać. Daję korki za 30 złotych na godzinę. Gdybym pracowała przez 55 godzin, miałabym 1650 złotych. Sam telefon kosztuje ok. 1300-1400 złotych, więc zostałoby mi jeszcze 250-300 złotych na zakup porządnych słuchawek, etui i szkła hartowanego. Luz, ja nie dam rady? 55 h to 18 dni dawania korków po 3 godziny. Chyba że chciałabym dawać po 2 godziny i napracować się 60 godzin, żeby mieć więcej kasy (to w sumie i tak jest różne, rzadko kiedy daję tylko po dwie godziny albo tylko po trzy. Ostatnio siedziałam 3,5 h), wtedy musiałabym dawać przez 30 dni korki po 2 godziny. Luz. Za dwa-trzy miesiące będę miała nowy telefon. No... w szczególnym przypadku za cztery, ale to żaden problem. Przemęczę się na tym/będę korzystać z jakiegoś starego. Nie chcę, żeby rodzice za mnie płacili.
Cofam to o senesie. Właśnie zaatakował. Ostrzeżenie: nigdy nie łączcie ostrego sera, ostrych papryczek i najostrzejszego sosu, który mają w pizzeri z senesem. Może i w ustach to niebo i raj, ale w połączeniu z senesem to piekło. Tylko proszę mi tu bez śmiechów i chichów, ostrzegam Was po przyjacielsku! xD
Melis, test osobowości robiłam na tej stronie: https://www.16personalities.com/pl/
Uważam, że jest jedną z wiarygodniejszych. :) Dziękuję. ♥
Jest godzina 5:31, a ja zdążyłam już zapisać prawie całą białą przestrzeń bez suwaczka. Wiem, że to w większości rozpisywanie się o telefonie, ale i tak... od dawna to mi się nie zdarzało, więc... yay! 31 października wraca moja mama. Chcę tego dnia na wadze ujrzeć 56 kg. I być już na etapie zwiększania limitów, żeby nie było podejrzane to, jak mało jem. Niby tam w rozmowach, gdy wychodzi temat wagi, śmieję się, że chodzę więcej niż kiedykolwiek i że w gimnazjum się obżerałam, bo byłam ciągle przygnębiona, ale i tak wolę mieć większą swobodę, gdy wróci. :")
I... zmieniło się trochę. Mama wraca za pięć dni. Nie wiem, co robić. Trochę się tego boję. Telefon ma już kupiony nowy, więc dostanę jej stary. Wpadłam na pomył, żeby jak najbardziej oszczędzać na jedzeniu, żeby do końca roku szkolnego uzbierać ładną sumkę. Jak to będzie z korkami? Nie wiem. Na 18 urodziny, które będą za prawie dwa lata, chcę sobie kupić whippeta. Będę jak najwięcej oszczędzała, żeby mi się to udało. Plany zmieniają mi się pieruńsko szybko, wiem, ale... czego można się po mnie spodziewać?
Telefon mamy mi starczy, więc drugiego już nie będę chciała. No to zaczynam zbierać na dorosłość. ;-;
16 października 2017
20.
kcal? Nie wiem. Dużo. Senes już wzięty.
-201 kcal z krokomierza
Do liczenia kroków i spalonych kcal używam tej apki: https://play.google.com/store/apps/details?id=cc.pacer.androidapp&hl=pl
Kalorie liczę zwykle w oparciu na to, co napisane jest na produkcie/stronę "Ile waży".
Przyszła mi waga! Wreszcie. Jest ładna, fioletowa i od dziś koniec liczeniem kcal na oko. ^^
Zrobiłam sobie test osobowości. Mam ENTP. Pasuje. Jakim cudem akurat ten typ? Nie wiem. Odpowiadałam szczerze i tak wyszło. Może wiedzą, co robią. Jak to było? Jestem ekstrawertykiem z fobią społeczną? Nieee, raczej po prostu nieśmiałym ekstrawertykiem, który mimo wszystko uważa się za introwertyka. :")
"[...]W oddali ujrzała błysk srebra. Rzeka! Jeżeli tylko uda mi się ją pokonać... — nie dokończyła myśli, zmuszając swe wycieńczone ciało do większego wysiłku. Przyśpieszyła. Ciernie, które musiała pokonać, boleśnie raniły jej skórę. Wiatr wył upiornie, kołysząc potężne drzewiszcza. Tuż za nią rozległ się warkot. Wybiegła na otwartą przestrzeń.[...]" Przekleństwo. Tom I: Uzdrowicielka, Prolog.Skąd ten cytat? Stąd, że jestem z siebie dumna. Bo wczoraj napisałam 300 słów rozdziału IV po dwutygodniowej przerwie. To nie jest dużo. Szczególnie, jeśli wziąć pod uwagę, że nie wliczając w to prologu, najkrótszy rozdział liczy 3361 słów. Tylko że mój proces tworzenia to proces wybuchów i nagłych zrywów. Potrafię nie pisać przez pół roku, a następnie w jeden dzień stworzyć dwa rozdziały. Irytujące i trudne. Ale to kocham. Nie wyobrażam sobie życia bez tego. Staram się pisać długie, wyczerpujące rozdziały, przekazując przy tym dużo i mało równocześnie. Dziwny jest mój proces twórczy. :")
15 października 2017
19.
ok. 1100 kcal
-133 kcal
-133 kcal
Skończyło się kawie (ma mniej kcal niż liczyłam o jakąś połowę) i dwóch wielkich gałkach lodów. Kocham. Bilans pewnie masakrycznie zawyżyłam, bo wątpię, czy przekroczyłam 1000 kcal, ale wolę zawyżyć niż zaniżyć. Ćwiczenia? Brak. Dzisiaj odpoczywałam. Kalorie odejmuję tylko z krokomierza. Innych ćwiczeń nie odejmuję. Jutro spotkanie ze znajomymi. Idziemy na kawę i pizzę, więc muszę posprzątać pokój. xD
14 października 2017
18.
1160 kcal
brzuszki: 100/100
-138 kcal
60,6 kg.
wzrost: 163,5 cm.
BMI: 22,67
Waga nie drgnęła po wczorajszym dniu, więc jestem mocno zadowolona. ^^
Co mogę powiedzieć? Wracam do psychicznego dołka. Jak mówiłam - na weekendach bilanse do 1200 kcal. Jutro idę 2,5 km do subwaya na pumpkin spice latte (480 kcal) i wegetariańską kanapkę (231 kcal). Mam Subwaya bliżej, ale chcę spalić trochę kcal, nim zjem. Potem zamierzam powłóczyć się po parku.
Kupiłam dzisiaj senes. Łyknęłam przed chwilą cztery tabletki. Za karę. I założyłam stronę mojego bloga z "Przekleństwem" na fb. Jak ktoś jest zainteresowany, to tutaj jest blog:
http://uzdrowicielka.blogspot.com
Będę wielce wdzięczna za wszelkie komentarze, uwagi, etc. Mój aktualny sens istnienia to skończenie tej powieści. :")
Co mogę powiedzieć? Wracam do psychicznego dołka. Jak mówiłam - na weekendach bilanse do 1200 kcal. Jutro idę 2,5 km do subwaya na pumpkin spice latte (480 kcal) i wegetariańską kanapkę (231 kcal). Mam Subwaya bliżej, ale chcę spalić trochę kcal, nim zjem. Potem zamierzam powłóczyć się po parku.
Kupiłam dzisiaj senes. Łyknęłam przed chwilą cztery tabletki. Za karę. I założyłam stronę mojego bloga z "Przekleństwem" na fb. Jak ktoś jest zainteresowany, to tutaj jest blog:
http://uzdrowicielka.blogspot.com
Będę wielce wdzięczna za wszelkie komentarze, uwagi, etc. Mój aktualny sens istnienia to skończenie tej powieści. :")
13 października 2017
17.
>1000 kcal
brzuszki: 150/100
brzuszki: 150/100
hula-hop: 30/30 min,
-331 kcal z krokomierza
-331 kcal z krokomierza
Zjadłam dzisiaj 100 g ciemnego makaronu z meksykańskim sosem i jabłko. Olbrzymiego gofra z nutellą i dwa kawałki wegetariańskiej pizzy. Przekroczyłam limit. Ale nie żałuję. Przeszłam ponad 8 km, tańczyłam, bawiłam się, śpiewałam, przez kilka godzin byłam szczęśliwa. Śmiałam się, żartowałam. Nie mogę powiedzieć, że żałuję gofra czy pizzy. Nie było to planowane. Spontan. Ale było miłe. Czułam się szczęśliwa. Czułam, że należę do grupy. Czułam, że nie jestem sama. Może powinnam mieć wyrzuty sumienia, ale ich nie mam. Pewnie pojawią się jutro, gdy stanę na wadze, jeżeli będzie większa niż 60,6 kg. Ale dziś nie żałuję. Nie chcę żałować. Chcę znów być szczęśliwa. Chcę żyć. Chcę się bawić. Jestem niemal pewna, że nie przekroczyłam CPM. Tym bardziej, że jestem ostatnio aktywna fizycznie. Poza tym... jutro przewiduję dużo chodzenia. Idę na korki, potem udam się do Empik (wysłali wagę, ale pewnie do odbioru będzie dopiero we wtorek), może kupię sobie jakąś książkę od starożytnych państwach. Jakoś trzeba się do olimpiady przygotować. Myślę również o powłóczeniu się po mieście. Poza tym nie chcę również przeleżeć niedzieli, którą myślę spędzić na ćwiczeniach, nauce i włóczeniu się po mieście.
12 października 2017
16.
667 kcal
brzuszki: 115/100
hula-hop: 34/30 min,
matematyka: 45/30 min.
-167 kcal
-167 kcal
Dobra, bez bicia powiem, że po przebudzeniu złamałam jedną z zasad i poszłam się ważyć. Waga jest już schowana, ja zaś jestem uspokojona. Nienawidzę dni, w których jem więcej, bo waga zawsze od razu skacze. Wiem, że to nie jest tłuszcz, ale i tak... jestem zdołowana i przybita przez kilka dni. Niemniej, pierwszy raz było inaczej! Pierwszy raz po takim obżarstwie (małe frytki, Chikker bez kurczaka [yup, zamówiłam chikkera bez kurczaka, dostałam bułkę z tym kapustowym czymś xD] i czekoladowe Lodowe Marzenie), no i po małej zapiekance wcześniej, waga spadła w dół. Jestem tak bardzo happy. ♥
18:48
Przez pół dnia byłam szczęśliwa. Aktualnie mam jedynie ochotę umrzeć. Zwinąć się w kłębek i zasnąć na zawsze. Nic mi się nie układa. Mam ochotę ryczeć.
Szablon na bloga pobrałam z szabloniarni.
21:48
Załamania ciąg dalszy. Idę wziąć prysznic i spać. Może jutro będzie lepiej.
18:48
Przez pół dnia byłam szczęśliwa. Aktualnie mam jedynie ochotę umrzeć. Zwinąć się w kłębek i zasnąć na zawsze. Nic mi się nie układa. Mam ochotę ryczeć.
Szablon na bloga pobrałam z szabloniarni.
21:48
Załamania ciąg dalszy. Idę wziąć prysznic i spać. Może jutro będzie lepiej.
11 października 2017
15
1129 kcal
60,9 kg. Moje dokładne BMI to 22,78. ♥
brzuszki: 100/100,
hula hop: 16/16 min,
-340 kcal z krokomierza
Wiecie jak bardzo ucieszyło mnie to 60 z przodu? Jestem z siebie dumna. Ze względu na to, że cel osiągnięty, zamówiłam w Empiku wagę kuchenną. ♥
Postanowiłam również kilka rzeczy, do których zamierzam się zmusić (nie podobają mi się, ale jak trzeba, to trzeba):
17:17
Yyy, wizyta w macu nie była planowana. Ale za to wspaniale się bawiłam i spędziłam wspaniale czas ze znajomymi z klasy. One są naprawdę wspaniałe. ♥ Jeden dzień z dwóch w miesiącu już odpadł, drugi odpadnie w poniedziałek, bo jesteśmy umówione na pizzę u mnie na stancji. Aj, może zjem tylko pizzę (dwa kawałki, ale pizza ma średnicę 45 cm i składniki same dobierzemy, więc nie wiem jak to będzie), w każdym razie... Powiem coś, czego nigdy nie spodziewałam się powiedzieć: naprawdę kocham moją klasę!
Postanowiłam również kilka rzeczy, do których zamierzam się zmusić (nie podobają mi się, ale jak trzeba, to trzeba):
- Ważenia w soboty i środy - tylko, nie wolno mi się ważyć w inne dni.
- Do czasu osiągnięcia wagi 56 kg, jem do 800 kcal, na weekendach do 1200 kcal.
- Dwa razy w miesiącu wolno mi zjeść więcej, np. pozwolić sobie na pizzę ze znajomymi.
- Gdy osiągnę wagę 56 kg, stopniowo będę podwyższać limity, najpierw dzień 850 kcal, potem dwa dni 900 kcal, 950 kcal przez dzień i 1000 kcal przez dwa dni. I tak do czasu aż osiągnę 1400 kcal na tygodniu.
- Przy limicie 1400 kcal na tygodniu, będę jadła do 1700 kcal na weekendzie.
- Wyższe limity = więcej ćwiczeń.
- W momencie, w którym waga ukaże 48/46 kg*, zamierzam stopniowo zacząć wychodzić z diety, zacznie się od zwiększaniu limitu o 100 kcal co dwa dni do momentu, w którym dojdę do 2000 kcal na tygodniu i 2200 kcal na weekendzie.
17:17
Yyy, wizyta w macu nie była planowana. Ale za to wspaniale się bawiłam i spędziłam wspaniale czas ze znajomymi z klasy. One są naprawdę wspaniałe. ♥ Jeden dzień z dwóch w miesiącu już odpadł, drugi odpadnie w poniedziałek, bo jesteśmy umówione na pizzę u mnie na stancji. Aj, może zjem tylko pizzę (dwa kawałki, ale pizza ma średnicę 45 cm i składniki same dobierzemy, więc nie wiem jak to będzie), w każdym razie... Powiem coś, czego nigdy nie spodziewałam się powiedzieć: naprawdę kocham moją klasę!
10 października 2017
14.
646 dni do osiemnastki.
680 kcal.
brzuszki: 100/100
hula-hop: 16/16 min.
-263 kcal.
hula-hop: 16/16 min.
-263 kcal.
Spać mi się chce. Tak bardzo. Dzisiaj więcej kcal będzie, co niezbyt mi się podoba. :/
Jestem po rannych brzuszkach i... zakwasy mam. God, a dzisiaj jeszcze w-f. Kill me, please. :")
15:33
I po lekcjach. Siedzę sobie, piję witaminki i stwierdzam, że pierw drzemka. Potem lekcje, a na końcu ćwiczenia. O!
19:20
No i nie spałam. Drzemki nie było. Lekcje? Matmę przekładam na jutro, angielski też. Dzień zawaliłam. Stanowczo zbyt dużo kcal. Mogłam darować sobie te dwie mace czosnkowe. ;-;
Nie mam nic normalnego do jedzenia, co mnie przeraża. Zaraz wychodzę na zakupy do Biedry. Może spalę chociaż trochę tego okropnego tłuszczu. Waga rano pokazała 61,4 kg. Załamka. Ale mam tylko kasze i makarony, zero warzyw czy owoców, czy nawet sosów do nich, nie idzie tak wyżyć. Znaczy... oszalałabym. Suchy makaron jest okropny. W sobotę zamiast do domu, idę sprzątać. Będzie dobrze.
Dziś na w-f'ie sporo biegaliśmy, ale i tak czuję się winna tylu kaloriom. Koszmar. Czuję ten tłuszcz. Nienawidzę go. Jeszcze zjadłam tę cholerną gałkę lodów waniliowych. Fuck .;-;
Jestem po rannych brzuszkach i... zakwasy mam. God, a dzisiaj jeszcze w-f. Kill me, please. :")
15:33
I po lekcjach. Siedzę sobie, piję witaminki i stwierdzam, że pierw drzemka. Potem lekcje, a na końcu ćwiczenia. O!
19:20
No i nie spałam. Drzemki nie było. Lekcje? Matmę przekładam na jutro, angielski też. Dzień zawaliłam. Stanowczo zbyt dużo kcal. Mogłam darować sobie te dwie mace czosnkowe. ;-;
Nie mam nic normalnego do jedzenia, co mnie przeraża. Zaraz wychodzę na zakupy do Biedry. Może spalę chociaż trochę tego okropnego tłuszczu. Waga rano pokazała 61,4 kg. Załamka. Ale mam tylko kasze i makarony, zero warzyw czy owoców, czy nawet sosów do nich, nie idzie tak wyżyć. Znaczy... oszalałabym. Suchy makaron jest okropny. W sobotę zamiast do domu, idę sprzątać. Będzie dobrze.
Dziś na w-f'ie sporo biegaliśmy, ale i tak czuję się winna tylu kaloriom. Koszmar. Czuję ten tłuszcz. Nienawidzę go. Jeszcze zjadłam tę cholerną gałkę lodów waniliowych. Fuck .;-;
9 października 2017
13.
647 dni do osiemnastki.
ok. 385 kcal
brzuszki: 100/100
matma: 70/30 min.,
hula hop: 16/16 min.,
10 minut angielskiego,
-165 kcal z krokomierza,
10 minut angielskiego,
-165 kcal z krokomierza,
Dzień jak co dzień. W szkole genialnie i w ogóle. Poza szkołą myśli, żeby ze sobą skończyć, niechęć do wszystkiego i płacz. Postanowiłam, że dzień w dzień będę kręcić po 16 minut hula-hop, a trzy razy w tygodniu po pół godziny. Poza tym myślę o zapisaniu się na jakieś lekcje tańca czy cuś. No i chcę sobie kupić skakankę z licznikiem spalonych kalorii. Taki fajny bajer.
Śnieg. Ja chcę już śnieg. Dajcie mi śnieg.
Jutro idę zapisać się na olimpiadę z antyku. Może coś się uda. A teraz znikam spać, łepetyna mnie naparza, może uda mi się ten ból przespać. Branoc, Kruszynki. Jutro Was odwiedzę.
Link do siebie zostawiam z prostego powodu - przez mój profil da się wejść tylko na blog z "Uzdrowicielką" (powieścią, którą piszę) i ten z wierszami. Zabezpieczenie przez ludkami, którzy mnie znają. :c
Link do siebie zostawiam z prostego powodu - przez mój profil da się wejść tylko na blog z "Uzdrowicielką" (powieścią, którą piszę) i ten z wierszami. Zabezpieczenie przez ludkami, którzy mnie znają. :c
8 października 2017
12.
ok. 420 kcal.
I... żyję. Radosne, prawda? Nic sobie nie zrobiłam, nie pociachałam się, nie skoczyłam z mostu. Brawo ja! I tak sobie teraz będę żyła, wegetowała i kiedyś coś mnie trafi. No ale!
Na dwa tygodnie zostaję w mieście. Czyli dopiero po tym czasie zobaczę moje szczurki i psiska. Smutno, ale może przynajmniej odpocznę psychicznie. :c
Siam tam tam. Znowu straciłam dzień. Cudnie. Ale to już ostatni raz. Obiecuję. Tym razem będzie lepiej, bo lepiej być musi. Zacznę się uczyć, zacznę ćwiczyć i będę mało jadła. Przyłożę się do angielskiego, poćwiczę matmę... wszystko będzie dobrze.
Moje cele?
- 20 minut angielskiego 4 razy w tygodniu,
- 30 minut matmy 5 razy w tygodniu,
- nienaganna fryzura,
- koniec z obgryzaniem paznokci,
- na każdą lekcję mam być przygotowana, przed każdą powtórka min. 10 min,
- trening z hula-hop min. 3 razy w tygodniu po pół godziny,
- dbać o czystość paznokci,
- 50 brzuszków rano i wieczorem każdego dnia,
- dawać z siebie 200%,
- żyć,
- rozdział "Uzdrowicielki" na 2 tygodnie.
Jakoś sobie poradzę. Muszę.
11.
Ostatnim czasem jest tak, że średnio raz, dwa razy na tydzień chcę umrzeć. A raczej... nie tyle umrzeć, co żeby przestało boleć. Bo ten psychiczny ból rozrywa mnie na strzępy. Zabija. Wczoraj zdałam sobie sprawę z tego, że nie zasługuje nawet na to, by być szczęśliwą. Nie zasługuje na dobro, które otrzymałam. Jestem pieprzonym ciężarem, który niesie tylko ból i smutek. Ciężarem, którego trzeba się pozbyć. Nie wiem jeszcze jak. Nie wiem jeszcze kiedy. Któregoś razu zaboli tak bardzo, że przestanę oddychać. Na zawsze. Mam dość tego wszystkiego. Mam dość jedzenia. Mam dość wyzwisk, które kierowane są w moją stronę/na moje rodzeństwo. Mam dość tego, że jestem nikim. Mam dość tego bólu. Mam dość narzekań, kpin i niezrozumienia. Chcę tylko przestać.
Chciałam to zrobić w nocy. Jestem jednak w domu. Nie byłabym zdolna narazić ojca na ten widok. I to jest największy problem. To, że chcę odejść i nie chcę przy tym nikogo skrzywdzić. To, że nie potrafię znieść myśli o tym, że mogliby cierpieć przeze mnie. To głupie. Przecież po jakimś czasie zapomną, że w ogóle istniałam. Wszyscy zapomną. Nikt nie będzie pamiętał o rudzielcu, który chciał tylko, żeby przestało boleć.
Już nie płaczę, kiedy przelewam słowa siedzące w mym umyśle.Wczoraj wylałam wszystkie łzy. Dzisiaj pozostała tylko pustka. Niech ona zniknie, proszę. Są ludzie, którym chciałabym tak wiele powiedzieć. Przeprosić. Błagać o wybaczenie. Nie potrafię.
Nie wiem jeszcze sama, co zamierzam zrobić.
6 października 2017
10.
nie wiem, ok. 2000 kcal.
Wiem. Kurewsko dużo. Kilka cukierków z biedry, dwa naleśniki, osiem ruskich pierogów, bagietka... wszystko na oczach taty. Nie powinno być żadnych podejrzeń. Kupiłam też dwie pizzy, czekolady, chipsy, ale tego jeść nie zamierzam. Czekoladę podaruję koleżance z klasy na jej urodziny. Chipsy schowam, ale część dam tacie. Będzie dobrze. Musi być.
5 października 2017
09.
88 kcal
Czuję się masakrycznie gruba. Waga pokazała 62,2 kg. I nawet świadomość, że w nocy co chwilę się budziłam i piłam (nie wiem, z 1 l wypiłam na pewno) i to pewnie sprawka wody (wmawiaj sobie, Lisie, wmawiaj, jesteś po prostu gruba), nie pomogło. Wyrzuty sumienia dalej są. I pewnie zostaną już na stałe. Wczoraj po prostu płakałam. Łzy mi leciały po policzkach i dosyć szybko zasnęłam. Patrzę na tę czerwoną kreskę na nadgarstku i w sumie cieszę się ze swej słabości. Jest na tyle niewielka, że mogę wmówić, iż to podrapanie przez szczura (młodzi zafundowali mi kilka takich na weekendzie), więc jest okay. Następnym razem będę myśleć. Miejsce, w którym nikt nie zauważy. Bo na basenie mogłoby się rzucić w oczy...Jeszcze nie wiem, co zrobię z dniem dzisiejszym. Na tę chwilę wypiłam jakieś 1,5 l wody. I wciąż chce mi się pić. Siedzę przy otwartym oknie, bo było mi cholernie gorąco. Czoło też mam ciepłe. Ale poza tym jest okay... meh, mój żołądek jest bez dna. Burczał niewdzięcznik. Niech się pieprzy. Jutro muszę zjeść tofu, które otworzyłam (190 kcal zostało), a dzisiaj? Nie chcę nic jeść. Ani fasolki, która miałaby w sumie 100 kcal, ani pomidorów, ani nic innego. Może, ale to może, przed pójściem do szkoły zmuszę się do zjedzenia jednej kromki chrupkiego pieczywa (19 kcal) z połową pomidora (20 kcal). Chociaż po wczorajszym i to 39 kcal wydaje się być zbyt dużą ilością.
I tak teraz sobie myślę, że zmieniłam się przez rok. Kiedyś wszamanie takiej pizzy by mnie nie obeszło. Kiedyś bym skwitowała to śmiechem i tekstem "może pójdzie w piersi". Teraz nie chcę tych cholernych piersi. Już moje wydają mi się zbyt duże, a nie mam czym się chwalić. Jestem tym specyficznym przypadkiem, który cieszy się, że podczas odchudzania piersi się zmniejszają. Kiedyś bym nie płakała. Kiedyś nie byłabym w emocjonalnym dole, z którego nie potrafię wyjść. Kiedyś bym się nie karała, miałabym dość siły, by nie zmuszać się do karania. Kiedyś było inaczej. Mimo trudności byłam radosna i pogodna. A teraz?
Mam jeszcze trzy godziny. Muszę się nauczyć na kartkówkę z polskiego i z woku... Jak bardzo nic mi się nie chce.
18:16
Przeczytałam lekturę na polski. I chcę już tylko spać. Jutro znowu pobudka o czwartej. Jestem piekielnie zmęczona, ale muszę jeszcze przygotować strój na basen i wstawić wodę, żeby rano była chłodna. Dzień zakończyłam na 88 kcal. Więcej niż planowałam. Jutro... może być źle, bo wracam do domu. Będę starała się kontrolować i równocześnie ukrywać, że nie jem. Kąpiel w mleku jest przyjemna, więc najpewniej w taki sposób uspokoję niepokój. Pół butelki mleka zniknie w wannie, trochę chleba u ogonków, trochę żarła zjedzą psy, trochę pokręcę się po kuchni i będzie dobrze. Musi być.
4 października 2017
08.
zbyt dużo...
Kocham fasolkę szparagową. Jest absolutnie wspaniała i idzie się nią naprawdę najeść. Dzisiaj na śniadanie miałam porcję 245 g. z tofu ziołowym i pieczywem chrupkim. Gdyby nie to, że co za dużo, to nie zdrowo, to pewnie bym schrupała jeszcze żółtą fasolkę, która została mi w lodówce. Niby mało kcal, ale jednak niet. Żółta będzie na jutrzejszy obiad. Dzisiaj już tylko drobne przekąski i tofu na kolację. ^^
20:28
Jestem żałosna. Nie umiem wymiotować. Nie umiem się uczyć. Nie umiem przebywać z ludźmi. Nawet się pociąć, do kuźwy nędzy, nie potrafię. Ten pieprzony ułamek sekundy "zrób to" i ostrze, które przenosi się jednak z żyły w "bezpieczniejsze" miejsce. Pieprz się, głosie. Pieprzcie się, wątpliwości. Ostrze miałam zbyt tępe. Nie mogło przeciąć skóry, więc skończyłam z małą szramą. Kurwa. Kurwa. Kurwa. Mam ochotę coś sobie zrobić. Łzy w oczach siedzą. Czemu? Już powiedziałam. Jestem żałosna. Bo dzień był cudny. Świetnie się zaczął, miał być wspaniały i... spieprzyłam. Bo zeżarłam pół pizzy. Nie wiem, jak cholernie dużo może to mieć kcal. Ale zapewne cała masę. Jak jadłam, to nie myślałam o tym. Spotkałam się z L., śmiałyśmy się, jadłyśmy pizzę i gadałyśmy. Ale potem, gdy odprowadziłam ją na przystanek. W momencie, w którym stanęłam ponownie w progu pokoju, zdałam sobie sprawę z tego, jak żałosna jestem. Nie chcę nawet myśleć, jak bardzo zawaliłam. Nie chcę już nic jeść. Ani dzisiaj, ani jutro, ani w piątek. Myślę o długiej głodówce. Na pewno jutro. Może też w piątek. Nie wiem, czy wracam na weekend do domu. Nie chcę. Wstydzę się. Niech mnie ktoś przytuli. Jedyne, o czym myślę, to jak pozbyć się tej pieprzonej pizzy z siebie. Palce w gardle nie pomagają. Woda z solą też. Senes mi się skończył (taaak, brawo, Lisie, wpieprzyłaś w trochę ponad trzy miesiące 60 tabletek, trzymaj tak dalej...). Gum nie mam. Kuźwa. Cokolwiek. Do kuchni już nie wejdę, bo mam tam ostrą puszkę. Desperacja lvl. hard. Idę spać i ryczeć.
20:28
Jestem żałosna. Nie umiem wymiotować. Nie umiem się uczyć. Nie umiem przebywać z ludźmi. Nawet się pociąć, do kuźwy nędzy, nie potrafię. Ten pieprzony ułamek sekundy "zrób to" i ostrze, które przenosi się jednak z żyły w "bezpieczniejsze" miejsce. Pieprz się, głosie. Pieprzcie się, wątpliwości. Ostrze miałam zbyt tępe. Nie mogło przeciąć skóry, więc skończyłam z małą szramą. Kurwa. Kurwa. Kurwa. Mam ochotę coś sobie zrobić. Łzy w oczach siedzą. Czemu? Już powiedziałam. Jestem żałosna. Bo dzień był cudny. Świetnie się zaczął, miał być wspaniały i... spieprzyłam. Bo zeżarłam pół pizzy. Nie wiem, jak cholernie dużo może to mieć kcal. Ale zapewne cała masę. Jak jadłam, to nie myślałam o tym. Spotkałam się z L., śmiałyśmy się, jadłyśmy pizzę i gadałyśmy. Ale potem, gdy odprowadziłam ją na przystanek. W momencie, w którym stanęłam ponownie w progu pokoju, zdałam sobie sprawę z tego, jak żałosna jestem. Nie chcę nawet myśleć, jak bardzo zawaliłam. Nie chcę już nic jeść. Ani dzisiaj, ani jutro, ani w piątek. Myślę o długiej głodówce. Na pewno jutro. Może też w piątek. Nie wiem, czy wracam na weekend do domu. Nie chcę. Wstydzę się. Niech mnie ktoś przytuli. Jedyne, o czym myślę, to jak pozbyć się tej pieprzonej pizzy z siebie. Palce w gardle nie pomagają. Woda z solą też. Senes mi się skończył (taaak, brawo, Lisie, wpieprzyłaś w trochę ponad trzy miesiące 60 tabletek, trzymaj tak dalej...). Gum nie mam. Kuźwa. Cokolwiek. Do kuchni już nie wejdę, bo mam tam ostrą puszkę. Desperacja lvl. hard. Idę spać i ryczeć.
3 października 2017
07.
ok. 860 kcal.
61,0 kg.
Byłam dzisiaj w Carrefourze na zakupach. Wydałam na żarcie 38 złotych i nie wiem, co powiedzieć. Chyba zacznę tam przychodzić częściej, skoro teraz już znam drogę. Bo mają dużo wege rzeczy.
Kupiłam trochę przypraw: koperek, pieprz ziołowy, itp. Poza tym wyposażyłam się w macę czosnkową, tofu ziołowe, granulat do zrobienia sojowych mielonych, makarony, kasze (żebym miała co jeść, kiedy wydam całe hajsy na coś innego)... zupę krem z dyni, której więcej nie kupię... no i tego nieszczęsnego croissanta, który cholernie zawyżył mi bilans. Miało być mniej, słowo. Miałam się zamknąć w 700 kcal, ale ze sklepu wyszłam o 16:40 i byłam głodna, bo ostatni posiłek jadłam o dziewiątej. Meh. A potem jeszcze tą zupą doprawiłam. Złość. Jestem żałosna. :/
Według krokomierza spaliłam 226 kcal, ale to nie pociesza. Idę wziąć gorący prysznic i spać. Jestem całkowicie zdemotywowana. Może jutro będzie lepszy dzień. ;-;
Edit: Za parę kg w dół będę miała widoczne thigh gap. W chwili obecnej widać już delikatną przerwę, gdy stoję ze złączonymi stopami. Aż się uśmiechnęłam. ^^
Edit: Za parę kg w dół będę miała widoczne thigh gap. W chwili obecnej widać już delikatną przerwę, gdy stoję ze złączonymi stopami. Aż się uśmiechnęłam. ^^
2 października 2017
06.
900 kcal.
61,3 kg.Porażka. Tak cholernie chciałam zobaczyć 60 kg z przodu zamiast 61. Te 0,4 kg wszystko mi popsuły. Zastanawiam się dzisiaj nad głodówką, ale zbyt intensywny dzień. Niech to szlag trafi. :/
Co do pracy: korki i sprzątanie. Jakoś to się z nauką pogodzić da, bo zawsze na weekendach/po lekcjach. Szukam jeszcze czegoś, ale jak to z tym będzie, to nie wiem.
Dobra, jest 5:25. Najwyższa pora się ogarnąć.
17:51
Dużo. Zbyt dużo kcal, ale dzisiaj jeszcze wychodzę.
21:27
Spotkanie zakończyło się klapą. Wściekła jestem. Natłok wspomnień. Znowu. A jutro dwie kartkówki... zaraz mnie coś trafi. Gorący prysznic i spać.
1 października 2017
05.
ok. 636 kcal.
61,6 kg.
Kurde, jest ósma trzydzieści jeden, a ja odganiam łzy. Lisie, co z tobą? Gdzie się podziała powaga nade wszystko? Trochę jeszcze jestem jak nie ja. Od basenu gapię się na swoją skórę i myślę jedynie ,,O Boru Liściasty, jaka ja blada jestem!". Znaczy... zawsze wiedziałam, że jestem blada, ale to właśnie na basenie we mnie uderzyło. Blady trup. Blady trup ze smutnymi oczami. I znowu zawiesiłam się na dziewięć minut. Brawo ja. Smutne wspomnienia się do mnie przyczepiły i nie chcą sobie pójść. Sio! Sio! Ciężko jest pozbyć się najgorszego koszmaru, ale czemu to cholerstwo się tak bardzo mnie trzyma? Niech zmiata. Nie! Nie chcę o tym pamiętać. Chcę zapomnieć i żyć dalej.
Znalazłam sobie pracę dorywczą. Jeśli dobrze pójdzie, to będę pracowała tak (nie wiem czy konkretniej w tej pracy, może z czasem się zmieni) do osiemnastki. Po osiemnastce chcę sobie znaleźć pracę na pół etatu. Zamierzam odłożyć jak najwięcej kasy, żeby móc jak najwcześniej się usamodzielnić. Plan się nie zmienia. Oszczędzam, oszczędzam, po osiemnastce znajduję sobie lepiej płatną pracę, dalej oszczędzam, zdaję maturę i wyjeżdżam na rok za granicę, gdzie wciąż oszczędzam. Wracam do Polski z oszczędnościami min. 25 tysięcy złotych (może i będzie cholernie ciężko, ale muszę, jeżeli chcę zrealizować moje plany), składam papiery na studia, wynajmuję mieszkanie, kupuję whippeta i żyję szczęśliwie. Czemu muszę mieć przynajmniej dwadzieścia pięć tysięcy na starcie? Proste. Muszę mieć za co żyć, za co utrzymać psa i opłacić mieszkanie. Liczę, że za wynajem mieszkania zapłacę ok. 1600 zł na miesiąc. Przez rok daje to 19 200 zł. Cholernie dużo. Do tego jedzenie, dojazdy, jedzenie dla psa, pies, szczepienia, ect. Cóż, jeżeli chcę przetrwać, to muszę dać sobie radę. Chyba że mi odwali i postanowię zostać poza krajem na dłużej, zaoszczędzić tyle, ile będę tylko mogła, wrócić i kupić sobie mieszkanie. Bardzo, bardzo mało prawdopodobne, ale jednak możliwe. No... chyba że wydam książkę, która okaże się hitem. *śmiech* To jest już niemal niemożliwe. Ale ułatwiłoby znacznie wszystko. Pozostaje mi tylko marzyć.
Jestem na siebie odrobinę zła, bo nie zamierzałam jeść tej grahamki dzisiaj. Beznadziejnie zawyżyła mi bilans. :/
Znalazłam sobie pracę dorywczą. Jeśli dobrze pójdzie, to będę pracowała tak (nie wiem czy konkretniej w tej pracy, może z czasem się zmieni) do osiemnastki. Po osiemnastce chcę sobie znaleźć pracę na pół etatu. Zamierzam odłożyć jak najwięcej kasy, żeby móc jak najwcześniej się usamodzielnić. Plan się nie zmienia. Oszczędzam, oszczędzam, po osiemnastce znajduję sobie lepiej płatną pracę, dalej oszczędzam, zdaję maturę i wyjeżdżam na rok za granicę, gdzie wciąż oszczędzam. Wracam do Polski z oszczędnościami min. 25 tysięcy złotych (może i będzie cholernie ciężko, ale muszę, jeżeli chcę zrealizować moje plany), składam papiery na studia, wynajmuję mieszkanie, kupuję whippeta i żyję szczęśliwie. Czemu muszę mieć przynajmniej dwadzieścia pięć tysięcy na starcie? Proste. Muszę mieć za co żyć, za co utrzymać psa i opłacić mieszkanie. Liczę, że za wynajem mieszkania zapłacę ok. 1600 zł na miesiąc. Przez rok daje to 19 200 zł. Cholernie dużo. Do tego jedzenie, dojazdy, jedzenie dla psa, pies, szczepienia, ect. Cóż, jeżeli chcę przetrwać, to muszę dać sobie radę. Chyba że mi odwali i postanowię zostać poza krajem na dłużej, zaoszczędzić tyle, ile będę tylko mogła, wrócić i kupić sobie mieszkanie. Bardzo, bardzo mało prawdopodobne, ale jednak możliwe. No... chyba że wydam książkę, która okaże się hitem. *śmiech* To jest już niemal niemożliwe. Ale ułatwiłoby znacznie wszystko. Pozostaje mi tylko marzyć.
Jestem na siebie odrobinę zła, bo nie zamierzałam jeść tej grahamki dzisiaj. Beznadziejnie zawyżyła mi bilans. :/
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)