30 września 2017

04.

Nie wiem ile kcal. Mniej niż tysiąc. Zbyt wiele. Mam ovhorę coś sobue zrobić. Bez obaw. Leżę w łóżku i staram się nie ryczeć. Zaraz zasnę.
Chciałabym być szczęśliwa.
Dzisiaj podjęłam decyzję. Za trzy lata, od razu po maturze, wyjeżdżam za granicę na zarobek. Po roku wrócę, znajdę pracę w Polsce i może pomyślę o studiach. Nie wiem. Boję się. Chcę wrócić do czasu, gdy byłam małym dzieckiem i nie rozumiałam. Nie chcę tak dłużej żyć.

29 września 2017

03.

61,4 kg.

Dzień solidnie spieprzyłam pod względem żywieniowym. Wychodzi mi ok. 1500 kcal. Jedyne, co mnie pociesza to to, że chodząc spaliłam ok. 366 kcal, pływałam też na basenie i zamierzam zaraz przez przynajmniej godzinę ćwiczyć w wannie. Może chociaż trochę to mi pomoże i waga nie skoczy do góry. W poniedziałek mija rok odkąd wlazłam "na stałe" w to środowisko. Muszę zobaczyć na wadze 60 kg. Zaczynałam ważąc okropne 76 kg. Chcę ujrzeć postęp. Po wannie zacznę katować się brzuszkami. Wróciłam do domu, a hula-hop zostawiłam na stancji, więc brzuszki będą musiały wystarczyć. A do 13 października chcę zobaczyć 56 kg. Piękna waga na pasowanie. I w miarę ładnie bym wyglądała na zdjęciu klasowym.

28 września 2017

02.

61,7 kg.

Wracam do nałogu ważenia się dzień w dzień.
Dzisiaj było okay. Zjadłam na 100% mniej niż 900 kcal. Wciąż dużo, ale jutro idę na dwugodzinny basen. No i wracam do szkoły, a to oznacza sporo ruchu. Nie chcę tam zemdleć. Dzień był odrobinę męczący. Nie dla ciała, lecz dla umysłu. Przede wszystkim poprawiłam ostatni napisany do tej pory rozdział mojej "powieści", poza tym wkułam ponad 150 słówek na angielski. To było... złe. Rano muszę pomęczyć matmę i historię.

Cały dzień na zmianę słucham Accantusa i Linkin Park. Accantus, bo nowa piosenka z wczoraj. Linkin Park, bo próbuję się pozbierać.

Jeżeli ktoś chce ze mną popisać, to można mnie znaleźć w pewnej grze, mój profil: klik.

27 września 2017

01.

61,7 kg.
Przy moim wzroście 163,5 cm daje to BMI równe 23. Za dużo. Stanowczo za dużo. Dzisiaj i być może jeszcze juto siedzę w pokoju, lecząc przeziębienie. Trochę to utrudnia odchudzanie, bo mam mniej ruchu, tyle co przejdę z pokoju do kuchni/łazienki, ale hula-hop trochę pomaga. Zaliczyłam przed śniadaniem kilka minut. Potem też postaram się poćwiczyć.
Wciąż ryczę po Chesterze. Nigdy nie sądziłam, że śmierć kogoś, kogo nie poznałam osobiście, może mnie tak dotknąć.
Wróciłam również do pisania: https://uzdrowicielka.blogspot.com/

Dzień nie był koszmarny, ale mógłby być lepszy. Mimo wszystko chyba będę musiała wziąć senes. Wątpię, czy przekroczyłam moje PPM, ale i tak czuję, że zjadłam zbyt wiele. Kara musi być. Czuję się okropnie. Chcę jutro zobaczyć na wadze mniej niż 61,5 kg. Muszę. Po prostu muszę.

26 września 2017

00.

 Wciąż tu jestem, dziewczyny, i nigdzie się nie wybieram.
Wiecie, ze mną już tak jest, że gdy napada na mnie depresyjny nastrój, to zamykam się w sobie. Potrafię w ciągu jednej sekundy z roześmianej osoby, stać się wrakiem człowieka. Złapało mnie to jakieś dwa tygodnie temu i dalej trzyma. Potrafiłam stać na czerwonym świetle i myśleć o biegu. Zatrzymać się na moście i zastanawiać, czy będzie bolało. Przydałby mi się psycholog. Albo psychiatra. Albo cokolwiek. Chociaż... wydaje mi się, że moje pragnienie życia zawsze weźmie ostatecznie górę. A jeżeli nie ono, to świadomość, że moja śmierć mogłaby skrzywdzić tych, których kocham, powstrzyma mnie.
Dzisiaj weszłam na wagę. 62,2 kg. Nie jest źle. Do końca tygodnia chcę ujrzeć 60 kg. Do piątku nie ma szans na napad. Mam dokładnie wyliczone porcje jedzenia i kasę tylko na przejazd do domu, więc czy by mnie coś naszło, czy nie, będzie idealnie. Weekend może być ciężki, ale mam nadzieję, że wytrzymam. 

Kupiłam sobie dwa kremy. Jeden ujędrniający i modelujący do biustu, drugi wyszczuplający do ciała. Zobaczymy, czy dadzą jakiekolwiek skutki. Liczę, że tak.  
Nie poddam się. Nigdy. Dalej będę kroczyła w stronę 39 kg. Bez względu na to, co powiedzą inni. 
.
.
.
.
.
.
template by oreuis