28 stycznia 2018

Przeniesienie

Nie mogę patrzeć na tamte posty. Potrzebuję czegoś nowego. Potrzebuję odskoczni. Oderwania. Nowy blog. Ten sam adres. https://lisie-pieklo.blogspot.com/

24 stycznia 2018

I. Pain.

ok. 1500 kcal.

Dawno już przestałam szukać pomocy. Straciłam nadzieję, że to coś da. Znowu nałykałam się senefolu.

Przez moment byłam szczęśliwa. Potem pierwszy raz ujrzałam psa rasy, którą kocham od dwóch lat, na żywo. Zamarłam, przez chwilę szłam za nim i ogarnęła mnie rozpacz. Nie wiem czemu. To wszystko się we mnie kumuluje. Od momentu, gdy tamten facet mnie dotknął. Nie radzę sobie. Nie chcę już walczyć. Walczyłam zbyt długo. Chcę tylko zasnąć i już nigdy się nie obudzić. Boli. 

23 stycznia 2018

00. Zbyt wiele.

Czasami zastanawiam się, jak to jest umrzeć. Czy to boli? Czy czuje się ból? A może to jak zaśnięcie? Nie wiem. Boję się. Tak cholernie się boję. Nie chcę dłużej żyć. Nie chcę dłużej wegetować na tym chorym świecie. Nie chcę słuchać, że jestem nikim. Muszę odejść. Muszę. Za wszelką cenę. To odrobinę zbyt dużo. Każda myśl boli. Każdy dzień wydaje się być taki sam, jak poprzedni. Czuję, że się duszę. Muszę coś zmienić. Po prostu muszę. Ponownie wracam do gry. 

11 stycznia 2018

10. Bitwa wygrana.

8:15 
170 g jabłka
9:10
170 g jabłka
15:10
174 g jabłka
16:45
188 g jabłka

W sumie: 702/750 g jabłka, czyli 365 kcal.

Ćwiczenia:
chodzenie cały dzień - 7,82 km (-424 kcal)
30 min hula hop
30 przysiadów
30 brzuszków

Dzień mogę zaliczyć jako udany. Nie bardzo dobry (zbyt mało ćwiczeń i trochę sporawo pod względem kalorycznym), ale też nie zły. Ostatecznie powiem, że jest okay. Jedna bitwa po porażce wygrana. Przede mną kolejne. Plan na jutro? Szpinak. I, w ostateczności, mieszanka warzyw. Na weekend muszę zakupić trzy-cztery mieszanki, żeby mieć co jeść. Wiem, że lepsze są te, które bym sama przygotowała, ale nie mam siły na takie duperele. Pokój się chłodzi i wietrzy przed snem, co miałam zrobić, zrobiłam. Teraz jeszcze tylko odwiedzić Wasze blogi i mogę iść spać.

Główna uwaga. W chwili obecnej jestem w tym stanie, w którym każda ilość kalorii jest dla mnie zbyt duża. Przedsionek choroby? Może. Wolę jeść mało niż ryczeć i karać się, bo zjadłam zbyt dużo. Wczoraj, dla uściślenia, nie miałam napadu. Próbowałam wrócić do normalnego życia. Nie pykło. I tak się zdarza. Nie potrafię już żyć normalnie i jeść bez wyrzutów sumienia. Jak zejdę poniżej 60 kg, powoli, bardzo powoli, będę próbowała to trochę naprostować. 

10 stycznia 2018

9.

Bilans:
Za dużo. Nie przekroczyłam mojego CPM, ale i tak za dużo. 

Ćwiczenia:
8:05
40 przysiadów
40 brzuszków
10 damskich pompek
30 minut hula-hop.
Chodzenie: 4,5 km (-243 kcal)

Waga spada. Nie wiem jakim cudem, ale spada. Jak na nią patrzę, to czuję się chora. Ciężko mi uwierzyć, że sobie na nią pozwoliłam. Jak mogłam do tego dopuścić?

Dzień, w którym nad sobą zapanuję i przestanę tyle jeść, to będzie piękny dzień. Kiedyś nastąpi. Wierzę w to.

Ale to nie był ten dzień. Spieprzyłam. Już zbyt późno, by wziąć senes. Więc przyśpieszę swoje plany. Jutro mogę jeść tylko jabłka. Tylko i wyłącznie jabłka. Maksymalnie 0,75 kg. Ponadto wypić przynajmniej dwa litry wody. Mały obowiązek. Najlepiej ponad trzy. I po lekcjach udać się na spacer. Długi spacer. Chociażby do parku. Na dniach głodówka się szykuje. Potem też kilka dni owoców i warzyw samych. 

9 stycznia 2018

8. Lisie, ogarnij się.

Bilans:
4:20
196 g jabłka (102 kcal)
5:45
tost (54,5 kcal)  + pół plastra sera (11,5 kcal) + 25 g ogórka (3,5 kcal) x 2
130 g marchewki z groszkiem (61 kcal)
12:50
Bułka półfrancuska (400 kcal)
19:00
Tost (55 kcal) + plaster sera (35 kcal)


W sumie: 792 kcal
Ćwiczenia:
4:55
30 przysiadów
30 brzuszków
30 min hula hop

w-f
 chodzenie 6,10 km (-331 kcal)

Zauważyłam, że stałam się wredna. Nie lubię, bez powodu, nowej współlokatorki. Drażni mnie (mimo że widzę ją przez minutę dziennie) niemiłosiernie. To nie jest dobre.

Nie chciałam tej bułki. Ale prawie zemdlałam, wstając. Przestraszyłam się, bo jestem w szkole. Zbyt dużo. Stanowczo zbyt dużo. I nie wiem, ile kcal, bo to szkolny sklepik był. Zabijcie mnie. Błagam.
Nie chcę tego. Źle się z tym czuję. Źle się czuję z tym, że w ogóle jem. Nie powinnam. Ale gdybym zemdlała, ktoś by się zaczął pytać. Nie chcę.

Właściwie nie mam wytłumaczenia na tego cholernego tosta. To nie powinno tak być. Nie powinnam tego jeść. Przepraszam. Źle czuję się z tym, że tracę kontrolę. Źle się czuję z tym, że się źle czułam. Źle się czuję z tym, że tak dużo zjadłam. Przepraszam. Wiem, że nie powinnam. Przepraszam. Znowu się truję. Nie mogę inaczej. Źle mi z tym, ile jem. To zbyt dużo. Powinnam ograniczyć żarcie... Muszę ograniczyć jedzenie. Od jutra zabieram ze sobą drugie jabłko do szkoły. Pokrojone w ćwiartki i zważone, żeby w sytuacji awaryjnej się posiłkować nim.

Jeżeli chodzi o moje samopoczucie, cóż... nie jest zbyt dobrze. Włączyła mi się awersja do dotyku i paniczny lęk przed rozmawianiem/pozostawaniem sam na sam z jakimś. Nawet w klasie, w której zwykle jestem dosyć aktywna, mówiłam głośniej niż półszeptem, gdy zostałam poproszona o powtórzenie.  Boję się. Kolejny raz. Niech ktoś mnie wyrwie z tego koszmaru...

Na dodatek stanowczo zbyt mało ćwiczę. Tego powinno być więcej. Jak ja zamierzam schudnąć przy tak niskiej aktywności? To nie tak powinno być. Lisie, ogarnij się. Musisz zacząć działać. 

8 stycznia 2018

7. Mieć wszystko pod kontrolą.

Bilans:
312 g jabłka (162 kcal)
6:20
200 g marchewki z groszkiem (94 kcal)
13:08
Kostka czekolady (32 kcal)
17:00
tost (55 kcal) + plaster sera (23 kcal)
200 g marchewki z groszkiem (94 kcal)
W sumie: 460 kcal


Ćwiczenia:
4:55
40 przysiadów
40 brzuszków
30 minut hula hop
17:40
30 minut hula hop
Chodzenie - 7,14 km (-388 kcal)

To jabłko było mega duże. Nie powinnam tyle go jeść. W sumie siedziałam nad nim od czwartej do prawie szóstej, ale i tak... Źle się czuję z tym, że je zjadłam.

Za czekoladę jestem zła. Puste, nic nie warte kalorie. Za to jestem dumna z tego, że siedziałam z przyjaciółkami w macu i nie skubnęłam ani jednej frytki. Kilka razy wąchałam (xd), podnosiłam, ale ostatecznie za każdym razem karmiłam dziewczyny. No i za szkołę też jestem dumna. Chłopak z mojej klasy miał dzisiaj urodziny i rozdawali babeczki. Wzięłam, ale oddałam jednej z przyjaciółek, tłumacząc się tym, że źle się czuję. Lekcję później sor (tym razem z okazji jego urodzin) rozdawał cukierki. Postąpiłam tak samo, tylko że z drugą przyjaciółką. Tym samym jedynym defektem tego dnia jest ta cholerna kostka czekolady. Dobra, jakoś muszę to przeżyć, nawet jeżeli mi się nie podoba.

Boję się jutro zważyć, bo wiem, że najpewniej będzie więcej niż dzisiaj (przeczyszczenie a zapełnione jelita... oczywiście, że będzie więcej ;-;). Tym bardziej, że objętościowo zjadłam dzisiaj naprawdę sporo. Tak, tak, to nie będzie moja waga, lecz zawartość jelit, ale i tak się boję. Dopóki mogę, będę kontynuowała wymigiwanie się od wszelakich fast foodów i innych takich problemami z żołądkiem. Działa? Działa. I to jest dobre. W sumie... to też dobry pomysł do domu. "Nie czuję się zbyt dobrze", "Zjadłam olbrzymią pizzę na mieście zanim przyjechałam". Wymówki, czas się z nimi zaprzyjaźnić.

Wiem, dlaczego to robię. Mam cel. Nie zamierzam stracić kontroli. Ale najpierw muszę nad sobą zapanować. Muszę przestać korzystać z wszelkich cukierków, czekolad, ciastek, ciast i fast foodów. Soki i inne napoje niech idą się pieprzyć. Sama woda. Ewentualnie od czasu do czasu herbata z łyżeczką miodu. Ale to rzadko. Oduzależnić się od słodyczy.  Nawet jeżeli oznacza to, że czekolada będzie zakazana. Za wszelką cenę. 


Wczorajsze 1000 kcal to była porażka dla mojej kontroli. Jeżeli chcę być perfekcyjna, nie mogę sobie na takie wydarzenia pozwolić. Nie, nie i jeszcze raz nie. Muszę się bardziej kontrolować. Mogę to zrobić i nie wycofam się z tego. Tak musi być. 

7 stycznia 2018

6.

Bilans:
9:53
62 g ogórka (7 kcal)
+tost (54,5 kcal) + pół plastra sera (11,5 kcal) x 2
10:25
tost (55 kcal) + plaster sera (43 kcal)
14:03
Lion (241 kcal)
14:35
138 g jabłka (72 kcal)
4 naleśniki (472 kcal)

W sumie: 1022 kcal 

Ćwiczenia:
taniec
40 minut hula hop
chodzenie - 9,85 km (-537 kcal)

Jest mi niedobrze. Nienawidzę tego, co zrobiłam? Jak mogłam być tak żałosna i zeżreć te pieprzone naleśniki, tego cholernego liona? Jak? Dlaczego. Dlaczego wszystko, co robisz, musisz zawalić? Przepraszam, dziewczyny. Jest mi tak cholernie wstyd... Nie powinnam była tego robić. Nigdy. To nie tak miało być. Nie tak... Lisie, co się z tobą, do kurwy nędzy, dzieje. Czemu tyle żresz? To nie powinno mieć miejsca. Przepraszam. Jedzenie nie jest ci potrzebne. Po prostu nie. Nie wolno ci jeść. Kontrola. Kontrola to wszystko, co ci pozostaje. A teraz rusz dupę po senefol. Jedzenie = cierpienie. Już.

Osiem tabletek. Może zbyt dużo. Może zbyt mało.

Zaliczyłam hula-hop. I moje herbaty. Teraz jeszcze prysznic, potem przysiady i brzuszki i wezmę jeszcze jedną tabletkę senefolu. Nie mogę. To wszystko sprawia, że czuję się tak okropnie gruba i pełna. Nie chcę tego. Dlaczego to wszystko jest takie chore?

To nie powinno tak wyglądać... Nie powinno...

6 stycznia 2018

5. Droga do piekła.

Bilans:
9:38
tost (54,5 kcal) + pół plastra sera (11,5 kcal) x 2
+  66 g ogórka (9 kcal)
13:00
marchewka z groszkiem (328 kcal)
13:42
pasek czekolady (84 kcal)
15:00
Pasek czekolady (84 kcal)
17:04
tost (54,5 kcal) + pół plastra sera (11,5 kcal) x 2

Ćwiczenia:
sporo tańca,
latanie za psem

W sumie: 769 kcal

Ta czekolada nie powinna zaistnieć. Pierwsza była pokusą. Drugą chciałam pokazać bratu. że jem.  Upiekłam ciasteczka dla psów, zabiorę je na spacer.

Spacer nie wyszedł. I dobrze, bo mój staruszek dostał częściowego paraliżu na moment. Najadłam się strachu co niemiara. Brat i ojciec mają go obserwować, gdy mnie nie będzie. Niby wiem, że ma już jedenaście lat i wiecznie żyć nie będzie, ale... ale i tak się martwię. Nie chcę, żeby odchodził. Był przy mnie przez większość mojego życia.

Po dzisiejszym dniu czuję się pusta.  Taka całkowicie pusta. Wczorajszy incydent dalej boli. Nie chcę...  Koniec z tym, Lisie. Ogarnij się. Skończ żreć. Musisz nad sobą zapanować. Nie możesz jeść aż tyle. Co się z tobą dzieje? Nie pozwól, by wspomnienia miały na ciebie aż taki wpływ. Poniedziałek 64 kg na wadze. Musi być. Pamiętaj. Im mniej, tym lepiej.

Mell, wiesz... każdy ma granicę wytrzymałości. Moja została przekroczona. Zostałam w zasadzie już bez niczego. Rygor pozwala mi się kontrolować. Kontrola sprawia, że nie wariuję. To daje mi siłę. Psychika obchodzi mnie bardziej niż ciało. 

5 stycznia 2018

4. I remember everything...

Bilans:
6:10
tost (54,5 kcal) + plaster sera (23 kcal) x 2
barszczyk (17 kcal)
1 g masła (4 kcal)
14:33
dwa tosty (109 kcal) + plaster sera (23 kcal)
18:30
Lion (240)
tost (54,5 kcal) + plaster sera (23 kcal) x2
+ 93 g ogórka (13 kcal)
W sumie: 716 kcal

Ćwiczenia:
5:07
60 przysiadów
wznosy nóg na leżąco 30 na nogę
30 minut hula hop
20 skłonów

Dwie godziny lekcyjne badmintona

Trochę skakanki.
Chodzenie: 6,73 km (-363 kcal)
66,0 kg.

Nie jest aż tak źle jak się bałam. Ale i tak waga mnie nie zadowala. Cóż się dziwić, skoro ćwiczenia zawaliłam? Chyba zacznę sobie podsumowywać dni. Ciekawe, jak często będą czerwone. Przy moim krytycyzmie pewnie 3/4 będzie na ten paskudny kolor. Mam jeszcze pięć minut na spojrzenie na Wasze blogi, potem będę musiała zająć się koniecznie treningiem. Szlag. Zaspałam.

Dobra, ćwiczenia zrobione, czas przejrzeć resztę blogów, zjeść coś, żeby nie paść w szkole i zabrać za powtarzanie historii.

14:43
Uh, niby wiele nie zrobiłam dzisiaj, ale jestem nie wiem sama z jakiego powodu padnięta. Znowu jem więcej niż chcę. Muszę zainwestować w fasolkę szparagową. Dużo można zjeść, mało tuczy.
17:18
Siedzę w busie. Boże, tak bardzo boję się powrotu do domu. Nie chcę. Nie chcę tam wracać. Boję się, że będę musiała jeść. Nie chcę. Niech mnie ktoś zabierze.

Co do pytania o ser i chleb - kupiłam oba w Biedronce. Ser mierzwiony i chleb tostowy z 58% mąki graham. Nie jadam innych chlebów niż tostowe. Kupię jeden i starcza na tydzień, czasem nawet ponad. Bo kupno normalnego chleba przy moim jedzeniu kończyłoby się wywaleniem go. Nie lubię marnować jedzenia.



Nie powinnam była tyle jeść. Ten lion był zbędny. Tosty też, ale... ale kiedy byłam w busie za mną siedział jakiś pijak. Mamrotał o kurwach, dziwkach i tym, jakie to kobiety są podłe. Dotknął mnie nagle. Warknęłam, żeby mnie nie dotykał. Już wtedy byłam bliska ataku paniki. Potem znowu zaczął coś do mnie mówić. Padło "masz piękną szyję". Myślałam, że tam wybuchnę płaczem. Nie byłam w stanie się odezwać. Patrzyłam tylko w okno, modląc żeby się odwalił. Jakaś dziewczyna stanęła w mojej obronie. Boże, tak cholernie boli. Dlaczego mężczyźni muszą być takimi świniami? Boli. Wspomnienia bolą. Tak cholernie. Potem znowu dotknął mojej głowy. Myślałam, że się poryczę. Jedzenie pomogło mi się uspokoić. Wiem, że to zbyt dużo. Wiem, że nie powinnam. Ale to mnie uspokoiło. Pomogło mi nie myśleć o tym, co mnie kiedyś spotkało. Myślałam, że to już mam za sobą. Ale teraz... cały mur, którym byłam otoczona runął. Upadł. Wszystkie złe wspomnienia... Niech mnie ktoś przytuli, proszę. Ja nie chcę pamiętać. Nie chcę. Błagam. Proszę. Nie chcę pamiętać.


4 stycznia 2018

3. I'm bad.

Bilans:
4:20
tost (54,5  kcal) + 1 g masła (3,5 kcal) + plaster sera (23 kcal) x 2
barszczyk (17 kcal)
5:07
neo angin (10 kcal)
6:15
tost (54,5 kcal) + plaster sera (23 kcal) x2
15:12
tost (54,5 kcal) + plaster sera (23 kcal) x2
16:08
kaszka waniliowa (238 kcal)

W sumie: 737 kcal

 Ćwiczenia:
4:57
50 przysiadów
50 brzuszków
10 minut hula-hop
Chodzenie z całego dnia: 5,15 km (-278 kcal)


Obrałam swoją ścieżkę i chcę na niej pozostać. Mimo zmęczenia, bólu i łez. Nie mogę co pięć minut zmieniać zdania. Po prostu nie mogę. Samodyscyplina i reżim pozwolą mi na pozostanie w trzeźwości umysłu. Na nie zrobienie sobie krzywdy. Nie niszczę siebie. Próbuję tylko przeżyć. Moja dzisiejsza waga to 66,4 kg. Jutro liczę na mniej niż 66. Muszę do końca tygodnia spaść do 64. Muszę. I do końca następnego do 60. To wszystko, czego na tę chwilę pragnę. To da mi spokój i ukojenie. A tego teraz potrzebuję.

Dzisiejszy dzień ma być specyficzny.  Zamierzam więcej pochodzić i się uczyć. Wyjątkowo pozwolę sobie na więcej jedzenia na śniadanie. Na tę chwilę zostawiam sobie limit 500 kcal. Dla komfortu psychicznego. Potem będę obniżać.


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Do czego ty tak naprawdę dążysz, Lisie?
Do perfekcji... A co robisz w tym kierunku?
Nic... Więc rusz dupę i zacznij, bo siedząc i marudząc nic nie osiągniesz.

15:17
I niby ruszyłam.  Dzień wybitnie monotonny, ale okay. Limit mi się właśnie skończył. Do jutra się przeżyje. Gorzej, że jutro wracam do domu, a tam pokusa za pokusą. Jak żyć? Nie chcę skoków z limitem o więcej niż 400 kcal. Chyba że dzisiaj zjadłabym do 800 kcal, a w piątek, sobotę i niedzielę wyznaczyłabym maksymalny limit 1200 kcal. Ugh. Dużo. Nawet zbyt dużo. Nie wiem. Zobaczę. Meh. Teraz idę się przespać, bo padam na twarz.

Nie podoba mi się to. Ale potrzebowałam czegoś ciepłego. Jest mi tak przerażająco zimno... Odrobinę cieplej od środka, ale dalej zimno.
Pierwszy raz od nie wiem jak dawna siadłam do książek. Posprzątałam pokój. Panuje ład i porządek. Teraz matma, potem historia. Perfekcja, Lisie, pamiętaj o perfekcji. Zapomnij o znużeniu, pamiętaj o perfekcji. I nie przejmuj się chłodem...Coś tam z matmy zrobiłam, ale bez kogoś, kto mi to na żywca wytłumaczy, niewiele zrozumiem... Meh, czas na historię. Tylko że nie wiem, co my będziemy omawiać. Ugh. Jak ja tego nie lubię.
Szlag mnie zaraz trafi, ale dobra.  Pieprzyć limity. Na tę chwilę nie chcę żadnej konkretnej diety. Jak najmniej. Po prostu jak najmniej. Jestem tak cholernie padnięta. Powinnam więcej poćwiczyć.

19:16
Kiedy się obudzę będzie lepiej. Musi być. Po prostu musi.
Mój numer GG: 64603467.

3 stycznia 2018

2. Chcę dotrzeć na szczyt.

Bilans:
6:22 
tost (54 kcal) + plaster sera (23 kcal) 
+ barszczyk (34 kcal)
7:00
herbata (8 kcal)
7:14
neo angin (10 kcal)
8:35
tost (55 kcal) + plaster sera (23 kcal)
11:02
pierniczek (50 kcal)
16:03
tost (55 kcal) + plaster sera (23 kcal)
16:20
tost (54) + 3 plastry sera (69)
W sumie: 458/500 kcal

Ćwiczenia:
7:15
40 przysiadów
40 brzuszków
40 minut hula hop
30 skłonów
17:45
30 min hula hop
Chodzenie: 6,3 km (-344 kcal)

Życie czasami jest śmieszne. Jeszcze nie tak dawno, to ja dawałam ludziom rady, żeby zaczynali od większych limitów, żeby powoli przyzwyczajali się do mniejszej kaloryczności... A teraz sama rzucam się na głęboką wodę. Ale potrzebuję tego. Potrzebuję kary. Potrzebuję motywacji. Potrzebuję możliwości udowodnienia, że jednak coś znaczę. Nie martwcie się, Słońca, kiedyś byłam na bardziej rygorystycznych dietach. Dawałam radę, więc dam ją i teraz.

Żeby uściślić, moje kochane. Kiedy mówię o sobie, nie jestem obiektywna. Nie potrafię spojrzeć na siebie tak, jak widzą mnie inni. Zdarza się, że ktoś mówi mi, że jestem ładna. Przychodzę do siebie i patrzę w lustro. Widzę tylko potwora. Kiedy patrzę na innych, tego nie ma. Staram się wesprzeć, pocieszyć, pokazać, że macie we mnie oparcie. Dalej zachęcam do zdrowszego i rozsądniejszego (niż to, co robię aktualnie) trybu życia. Może jestem dla siebie zbyt surowa, ale to pozwala mi wytrwać. To pozwala mi wciąż trwać, dzięki temu nie oszalałam. Jeszcze miesiąc temu to ta surowość trzymała mnie przy wyższych bilansach. To ta surowość mówiła mi "musisz być normalna, bo to pójdzie w złą stronę". Powstrzymywała przed karaniem się. Ale podczas tych świąt... zmieniłam się.

Wiecie, ja zawsze miałam nadzieję. Wierzyłam, że coś się może zmienić, że ktoś ujrzy mnie taką, jaką byłam naprawdę. Ale nic nie może trwać wiecznie. Wszystko ma swoją granicę. A moja została przekroczona. Kolejne wyzwiska, wściekłość skierowana w moją stronę z powodu, czegoś, czego nawet nie zrobiłam (on to wiedział, ale i tak to ja zgarnęłam opieprz)... każdorazowe nazwanie mnie śmieciem, dziwką, kurwą, szmatą, idiotką... każdorazowa groźba. Wszystkie te słowa krytyki... Nazywanie mnie pasożytem... Nie potrafię. Nie potrafię dłużej wierzyć, że to się zmieni. Cała moja osłona, mur, który wznosiłam przez te wszystkie lata... to pękło w ciągu kilku sekund. Nie jestem już tą samą osobą, co przed świętami. I nie wiem, czy kiedykolwiek znowu nią będę. Wątpię.
Once I rose above the noise and confusion
Just to get a glimpse beyond this illusion
I was soaring ever higher
But I flew too high
 Nie chcę normalności. Nie chcę udawać, że jej chcę. Czas zaakceptować prawdę, że nigdy jej nie chciałam. Czas przestać zastanawiać się, co powiedzą ludzie.

16:05
Szczerze powiedziawszy jestem na siebie zła za tego pierniczka. Ale to by był dziwne, gdybym nie wzięła. Nie chcę podejrzeń. Mimo wszystko.
Miałam ochotę na ser. Zjadłam więcej plastrów niż powinnam, ale... niech już będzie. Nie przekroczyłam 500 kcal. Nie jest źle.

17:09
Kogo ja próbuję oszukać? Jest źle. Czuję się chora. Naprawdę chora. Kiedy sumienie walczy z rozsądkiem. Może kiedy wreszcie będę chuda, coś się zmieni. Może wtedy zaakceptuję siebie i to, jaką jestem. Nay. Nie może. Na pewno. Schudnę ile chcę, a potem wszystko będzie dobrze. Idealnie. Tak musi być. Tak będzie, ale muszę więcej ćwiczyć. Zdecydowanie więcej ćwiczyć. Zjadłam stanowczo zbyt dużo. Trzeba to spalić.
Chcę dotrzeć na szczyt.
Bo stamtąd najlepiej świat wygląda.
Tam, najbliżej jest do gwiazd.
Chcę dotrzeć na szczyt.
Wiem, że marzenia się spełniają.
Być jak ptak chodź jeden raz.
Chcę dotrzeć na szczyt.
W zasadzie nie rozumiem, dlaczego jest mi aż tak ciężko. Biję się sama ze sobą. Normalność. Co to jest? Dlaczego tak bardzo się kłócę, kiedy o nią chodzi. Nie chcę być chora. Chcę po prostu być chuda. 45 kg w szkole mnie zadowoli. 43 byłoby idealnie. To nie jest mało. Normalna waga. Nie zbyt mała. Nie zbyt duża. W sam raz. Nie wiem, co powinnam czuć. Nay! Odrzuć wątpliwości, Lisie! Wkroczyłaś na właściwą ścieżkę. Zawaliłaś, więc musisz się ukarać. Jak naprawisz i zrozumiesz swój błąd, to może pomyślimy o czymś innym. Kara musi być. Zasady to zasady.
Chcę dotrzeć na szczyt. I dotrę.
Umyta, wychłodzona, jeszcze krem wyszczuplający zaliczyć i herbatkę na kontrolę masy ciała i idę spać. Branoc, dziewczyny. 

2 stycznia 2018

1. It wasn't a good day.

Bilans:
pomiędzy kręceniem hula-hop - herbata na kontrolę masy ciała  (4 kcal)
5:45 - barszczyk (34 kcal)
6:12 - tabletka neo angin (10 kcal)
15:25 - croissant (191 kcal)
Potem:
2 kromki chleba z serem  (155 kcal)
lody (ok. 400 kcal)
pół małej pizzy (ok. 800 kcal)
19:32 - neo angin (10 kcal)
W sumie:  1604 kcal
Ćwiczenia
Sesja o 4:50
- 30 brzuszków
- 30 przysiadów
krótka rozgrzewka z rozciąganiem
30 minut hula-hop
W-f
35 minut tańca
rozgrzewka

Chodzenie przez dzień - 11,5 km (-633 kcal)


Jestem na siebie wściekła za tę kaloryczność. Zbyt dużo. Ale urodziny znajomej i liczyłam na oko. Pizza była z serem pleśniowym, mozzarellą, orzechami włoskimi, gruszką i rukolą. Nie mam pojęcia, ile to mogło mieć faktycznie kcal. I tak jestem zła. Ale dobra. Po tak długim okresie obżarstwa nie mogę wymagać cudów.  To, że gdybym nie konieczność ssania tabletek i to, że nie chcę pogorszyć stanu mojej jamy ustnej, bym próbowała wymiotować, to nic.... Jutro będzie mniej niż 500 kcal. W zasadzie myślę, żeby nie przekroczyć 300 i zwiększyć intensywność ćwiczeń. Spałam dzisiaj zbyt krótko, żeby cokolwiek być w stanie robić. W zasadzie muszę do końca wyssać lek (utworzyły mi się drobne ranki w ustach, stąd też potrzeba tego wyssania), odczekać 15 minut, a potem idę się umyć i spać. Rano wczesna pobudka i do roboty. 

1 stycznia 2018

Nowy rok. Nowy początek.

Dawno, dawno temu, żyła  sobie radosna dziewczynka. Dziewczynka ta śmiała się głośno i mimo tego, że jej rodzice często sprawiali wrażenie jakby jej nie kochali, wierzyła, że to się zmieni. Kochała całym małym sercem swych bliskich. Pragnęła pomagać ludziom i zwierzętom. Chciała żyć. Nie zrażało jej to, że często była wyszydzana i poniżana. Podnosiła się po upadkach. Patrzyła z nadzieją w przyszłość. Chciała tylko mieć normalną, kochającą rodzinę.
Nic nie może jednak trwać wiecznie. Dziewczynka urosła i mimo iż dalej chciała wierzyć w odmianę, powoli traciła swą radość i pokój ducha. I nagle, pewnego dnia, zdała sobie sprawę z tego, że nie ważne jak bardzo będzie się starać, nie ważne ile z siebie da, jej rodzice nigdy jej nie pokochają tak, jak rodzic winien kochać swe dziecko. I bańka z marzeniem prysła. Nagle jeden jedyny cel, jedno prawdziwe pragnienie serca zniknęło... Dziewczyna usiadła na łóżku i zapłakała. Tamtego dnia cały jej świat się rozpadł.

Starałam się wierzyć. Wierzyć w to, że coś się może zmienić. Że to wszystko ma jakiś sens. Chciałam pokazać sobie i światu, że potrafię coś osiągnąć. Chciałam nieść innym radość. Chociaż raz zobaczyć dumę w oczach rodziców. Więc starałam się osiągnąć coś bez zatracenia samej siebie. Chciałam żyć. Ale potem przyszło zrozumienie, że chciałam cudu. I cała moja nadzieja zniknęła. Do tej pory chciałam odchudzać się racjonalnie. Chciałam żyć. Tak kurewsko chciałam żyć normalnie. Ale teraz... teraz najchętniej podcięłabym sobie żyły. Ale nie, to mogłoby źle wpłynąć na psychikę osoby, która by znalazła moje ciało. Kurwa, to jest ten pieprzony problem. Bo ja nie potrafię nie myśleć, że moja śmierć mogłaby komuś zafundować traumę. Że zabijając siebie, mogłabym kogoś skrzywdzić. Jestem żałosna. Czasami chciałabym być samolubna, ale... no właśnie. Ale. To śmieszne, że pomimo tej przerażającej pustki, która mnie wypełnia, wciąż się tym przejmuję...

Kiedyś nie chciałam zrobić sobie krzywdy. Teraz chcę jedynie zasnąć i już nigdy się nie obudzić. Masz mnie, Ano. Broniłam się przed tobą. Nie chciałam Cię, ale teraz... teraz pragnę już tylko śmierci, którą możesz mi przynieść. Pierdol się, świecie. Odebrałeś mi mą nadzieję. Odebrałeś mi mnie samą. Nienawidzę cię. 

Nienawidziłam listu od Any. Nienawidziłam dekalogów i innych rzeczy, które widziałam w tym środowisku. Więc dlaczego teraz, gdy to czytam nie czuję odrazy? Dlaczego czuję się tak rozpaczliwie pusta? Nie chcę. Nie chcę tego. Proszę. Błagam. Niech ktoś mi pomoże. Niech ktoś zabierze ten ból, odgoni pustkę. Ja już tak nie potrafię. Chciałam być silna, ale to zbyt dużo.  

Dlaczego to, czego nie chciałam wydaje mi się być jedyną drogą? 

Kiedy wracałam na stancję wzięłam dość pieniędzy, żeby przyjechać i wrócić i na doładowanie, i na wodę. Nie będzie obżerania się. Nie będzie jedzenia tony tłuszczu. Będę ja i głód. Ja i moje odkupienie. Może kiedyś coś się zmieni... Może starczy mi pieniędzy na senefol. Jakoś się muszę oczyścić.

Cel na 2018 rok?

Schudnąć do 43 kg. 
.
.
.
.
.
.
template by oreuis