30 listopada 2017

10. Mikołajkowe szaleństwo

Śniadanie:
(58 g) banan - 57 kcal
kaszka - 238 kcal
II:
barszczyk -34 kcal
3 kromki chleba - 168 kcal
Obiad:
Wrap (bez mięsa) - 232 kcal
Frytki: 440 kcal
Cola Zero - 1 kcal
Kolacja:
6 x kromka chleba - 336 kcal
trochę sernika - 80 kcal

W sumie: 1586 kcal/1600 kcal
-567 kcal z krokomierza
6:50
Jest za dziesięć siódma, a już zaliczyłam hula-hop i rozgrzewkę. Powoli wydłużam okres kręcenia. Zaczynałam od piosenki na bok, potem 5 minut na jedną stronę, potem po 10 minut. Dzisiaj kręciłam 13 minut na stronę. Jutro zaś chcę wydłużyć do 15 minut. 
Wow. Właśnie zobaczyłam śnieg na dachach. Kocham śnieg i zimę. Nie wiedziałam nawet, że padało, ale... awww! Wielbię. Wielbię. Kocham. ♥
Jestem w raju. Naprawdę wielbię.

16:52
Znowu jadłam na mieście ze znajomymi. Duże frytki, wrap bez mięsa (z panierowanym kurczakiem ma 490, więc odjęłam na oko kalorie za kurczaka) i coca cola zero. Dobra. Nawet jeżeli bym trochę przekroczyła bilans, to pamiętajmy, że ćwiczę, jestem aktywna fizycznie i dużo chodzę.

21:06
Ostatecznie odwołałam zamówienie i przeszłam się po sklepach, kupując drobiazgi. Zostały mi prezenty dla dwóch słońc, ale to już w poniedziałek/wtorek, gdy będę miała kasę na cokolwiek. Bo wydałam dzisiaj 150 złotych. xd
Dobra, teraz idę się umyć i trzeba odrobić polski. A potem wkuć granice Polski na historię. Help me! 

29 listopada 2017

9.

Śniadanie:
(46 g) 2 x kromka chleba - 112 kcal
(100 g) banan - 99 kcal
kaszka - 238 kcal

II:
 barszczyk - 34 kcal
(46 g) 2 tosty - 112 kcal
5 g masła - 26 kcal

Obiado-coś:
kawałek ciasta - 150 kcal
Bułka - 350 kcal
Sałatka - 290 kcal

Lody,
Subway

Fast food dzień. Nie liczę kcal. :)
-652 kcal z krokomierza
61,9 kg.

Nie macie pojęcia, jak bardzo bałam się tego dnia. Tak pieruńsko bałam się spojrzeć na wagę. Leżałam. Wahałam się, ale w końcu stanęłam. Jest dobrze. Nawet bardzo dobrze. Zważywszy na to, jak często wychodzę ze znajomymi, jem na mieście, etc., to ten spadek cieszy mnie bardzo. Teraz powoli idziemy w kierunku 59 kg. Kto wie, może, jeżeli będę wystarczająco dużo ćwiczyć, zobaczę 59 z przodu już w następną środę? Oby. ^^

6:44
Pomalowałam sobie znowu pazury odżywką. Nie lubię tego, ale jednak czasami trzeba. :") Jak na mnie to są strasznie długie już. Dziwnie się z nimi czuję.

8:14
Zaliczyłam trening poranny. Rozciąganie się, brzuszki, przysiady i inne dziwne wariacje ćwiczeń. Potem kręciłam 20 minut hula-hop. Teraz szamam drugie śniadanie, bo jednak później zaczynam lekcje, więc nie chcę w szkole paść (pierwsze zjadłam przed piątą).
Spotykam się też po lekcjach ze znajomą, więc nie wiem, czy nie wykorzystać dnia z fast foodowego. Zobaczymy jak to wyjdzie z bilansem. Przed wyjściem muszę jeszcze ogarnąć włosy, odrobić polski i pouczyć się na niemiecki. Ja nie dam rady? Ja? Oczywiście, że dam radę!

19:32
A więc jednak fast foodowy dzień. W sumie... po dzisiejszym dniu nie żałuję. Jestem nawet bardzo zadowolona. Ćwiczyłam, przeszłam prawie 11 km, a być może wyjdę jeszcze na spotkanie z kumplem, co sprawi, że przejdę jeszcze więcej. Uj z kaloriami. Podejrzewam, że nie przekroczyłam nawet zbytnio mojego CPM. A jeśli, to o jakieś 100-200 kcal max., więc nie zwracam na to uwagi. Jutro chcę zamówić prezenty dla moich znajomych. Wybrałam je z internetowej strony Empika (osiem prezentów, siedem dla znajomych, którym chcę coś kupić, jeden dla dziewczyny, którą wylosowałam na mikołajki klasowe). W sumie zamówienie na 173 zł. Zależy od jutrzejszych korków, czy będzie mnie stać. Jeżeli tak, to jutro zamawiam i w poniedziałek powinno być. ♥
A co chcę kupić?
Dla mojej ulubionej studentki pluszak, dla moich słońc, które uwielbiam: Sherlocka mangę, by zachęcić do serialu jedną, dla drugiej książkę o Korei, innej biografię Kurta Cobaina, dwóm nie wiedziałam, co kupić, więc dla jednej zdecydowałam się na piórnik i czekoladę, dla drugiej zaś dwa tomy Sherlocka. Dla mojej jedynej znajomej z gimnazjum będzie wypłosz. Ona zrozumie, o co chodzi. ^^
Oj, trochę mnie to wyniesie, ale cóż z tego? Jeżeli będzie mnie stać, to uważam, że warto zrobić coś takiego dla ludzi, których uznaję za przyjaciół.

20:20
Na 90% zaraz wychodzę spotkać się z kumplem, więc spalę jeszcze więcej. Yeah! ♥

22:34
Um, właśnie zerwałam z kimś, z kim nigdy nie chodziłam? Eeeee. Okaaaay. Luz. WTF?!

I... szlag. Paczka może przyjść albo 5.12, albo 6.12. Boże, błagam, niech przyjdzie we wtorek. Bo się załamię. Niee, proszę, nie karzcie mnie w taki sposób. Błagam. Jeśli nie przyjdzie we wtorek, to zacznę chyba ryczeć. Mikołajki mamy szóstego, przecież to będzie katastrofa. :/ 

28 listopada 2017

8.

Śniadanie:
kaszka - 238 kcal
104 g banana - 103 kcal
II:
220 g groszku - 178
25 g makaronu - 88 kcal
Kolacja:
owsianka - 244 kcal
Dodatkowe:
3 paski czekolady - dzień bez liczenia
3 kostki czekolady - 68 kcal
2 gałki lodów - 500 kcal

W sumie: 1419/1600 kcal
-400 kcal

Jutro oficjalne ważenie. Boję się odrobinę. Dobra, nawet więcej niż odrobinę. Niech będzie mniej niż 63 kg, błagam. 
Dzień zaczęłam od brzuszków, krótkiej rozgrzewki i śniadania. Boli mnie wszystko. Zakwasy mam. :") Poza tym sama z siebie wstałam o 4:04.  Mini sukces. ^^
Dobra piętnaście minut grzania się w łóżku, a potem kolej na naukę. Czas start!

17:20
Z pierwszej kartkówki dostanę pewnie 4-. Z matmy... ugh. Byle 2. W sumie. Nawet, jeśli dostanę jedynkę, nie będę zagrożona, ale nie zmienia to faktu, że nie jest dobrze. :/
Dzisiejszy w-f był torturą. Nie dość, że już i tak miałam zakwasy, to jeszcze był zwyczajnie dziwny i męczący. Nienawidzę, kiedy mamy rozgrzewkę z inną klasą... Jest nas tak dużo i jest to takie niewygodne...

Powinnam zrobić pracę na polski, ale szczerze powiedziawszy chce mi się już tylko spać, so... idę wziąć prysznic i się położę. 

27 listopada 2017

7.

Śniadanie:
kaszka - 238 kcal
112 g banan - 111 kcal

II:
Naleśnik - 170 kcal
Trochę frytek - 100 kcal

Obiad:
2 naleśniki - 350 kcal

Kolacja:
kawałek sernika - 250 kcal
110 g banana - 109 kcal

W sumie: 1328 kcal/1600 kcal
-573 kcal z krokomierza
To był dobry dzień. Przeszłam prawie 11 km. Robiłam brzuszki, przysiady, skłony, rowerek, zaliczyłam hula-hop. I zjadłam tylko odrobinę ponad PPM. ♥
Zrobiłam dzisiaj sobie zdjęcia do porównania za miesiąc. Wyglądam ohydnie. Po prostu ohydnie. W ubraniach tego nie widać, a tak... Za miesiąc o tej porze ma być lepiej. Będzie lepiej. Uwierz w to, Lisie, a to się stanie. Wiara czyni cuda. 
Kupiłam sobie Hobbita. Czytałam tę książkę milion razy, ale nie miałam jej do tej pory w domu. Na to wydanie wydałam masę kasy. Kosztowało 50 zł. 10 złoty mniej płaciłam trzy lata temu za całego LOTRa w jednym tomie, więc przyszlałam. Ale było warto. Ta okładka jest tak piękna...  ^^


Jeżeli starczy mi hajsów, to jutro po tym, jak kupimy z koleżanką prezent urodzinowy dla drugiej koleżanki, chyba kupię sobie Berena i Luthien. ♥ Ale to jeszcze zobaczę. ^^

Byłam też na zakupach spożywczych, stwierdziłam, że przyda się coś kupić i... wróciłam z zestawem witamin, kilogramem świderek, drugim zestawem "mlecznego startu" (tym razem waniliowym, miałam już bananowy) i owsianką. Tiaaa, zakupy ze mną. :")

W sumie... nie jest źle. Teraz tylko marzę o tym, żeby się przespać. Jutro wczesna pobudka i kucie, kucie i jeszcze raz kucie. A rano muszę poćwiczyć jeszcze.  Auć. :"D

26 listopada 2017

6. Forum

Śniadanie:
50 g makaronu z przyprawami - 180 kcal
306 g bananów - 303 kcal
II:
kawałek sernika - 250 kcal
3 naleśniki - 510 kcal
Obiad:
2 naleśniki - 260 kcal
Kolacja:
2 kromki chleba - 112 kcal
93 g banana - 92 kcal
W sumie: 1707/2300 kcal
-235 kcal 

Wszamałam trzy banany do mega ostrego makaronu na śniadanie. Czy mogę już stwierdzić, że oszalałam? Podejrzewam, że przybrakło mi potasu. To by mogło być wysoce prawdopodobne, bo jego niedobór objawia się apatią i sennością, a po samych moich postach widzicie jak to ze mną jest. 
Dzisiaj mama przez brata przyśle mi jaglany sernik i naleśniki (jeszcze nie wiem czy z dżemem, czy ze szpinakiem i fetą). Poprosiłam też o jakieś owoce i dżem, ale nie wiem, czy zdążą.

Ćwiczyłam dzisiaj. Kręciłam hula-hop. Robiłam brzuszki i przysiady. Rozciągałam się. Mogę być z siebie dumna? Nawet się przeszłam.

Pisałam sobie z Lyan na GG i przypomniało nam się forum. No i tak jakoś od słowa do słowa powstało. Więc ten tego... Jak ktoś chce, to zapraszam. Dla gości widoczny jest tylko off-topic. Forum wydaje mi się taką przyjaźniejszą wersją wsparcia.
http://www.madworld.zuuz.pl/forums.php

Ciężko jest trzymać wysokie bilanse. Znowu mam ochotę się głodzić. Ale moje zdrowie jest ważniejsze. Muszę pamiętać, że nie mogę się poddać. I się nie poddam. Osiągnę upragnione 43 kg i ustabilizuję wagę. Będę normalna. Muszę być.

Edit: Ugh. Znowu mam ochotę od jutra być na bilansach poniżej tysiąca. Lisie, ogarnij się. Pamiętaj, że masz cel.

Edit2: Blog cały czas przechodzi przemiany. Motam się z kąta w kąt. Zmieniam treść zakładek. W zasadzie to 43 kg mnie nie zadowoli. Chcę zobaczyć na wadze 38 kg, ale to nie wcześniej niż za dwa lata. Teraz jem normalnie. Ale... ten tydzień to był limit do 1800 kcal na tygodniu i 2300 na weekendzie, ale... chyba od jutra zmniejszę bilans do 1600 kcal na tygodniu i 2000 kcal na weekendzie. I eh, kiedy to pisałam, zajęto mi prysznic. Szlag. xd Ale dobra. Od jutra 1600 na tygodniu (minimalny limit to 1000 kcal) i 2000 kcal na weekendzie. Będzie dobrze. ;-; 

25 listopada 2017

5.

Przed 12:
110 g krajzerki - 297 kcal
130 g kaszki z sosem malinowym - 168 kcal
205 g kopytek - 256 kcal
205 g bigosu z cukinii - 140 kcal
15 g masła - 79 kcal
320 g jabłka - 166 kcal
rzodkiewka - 2 kcal
Po 12:
Lody - 350 kcal
50 g makaronu - 176 kcal
163 g bigosu z cukinii - 106
(23 g) kromka chleba - 56 kcal
kromka chleba x 6 - 336 kcal
10 g masła - 53 kcal
W sumie: 2195 kcal/2300 kcal
-267 kcal
Fakt, że sobotę wyszłam z pokoju i przeszłam kilka kilometrów jest szokujący, ale fajny. Normalnie siedzę i próbuję usnąć. Dzisiaj wyszłam spotkać się ze znajomą, potem streściłam prolog i dwa rozdziały Uzdrowicielki. Został mi jeszcze trzeci rozdział do streszczenia i mogę skończyć pisać czwarty. Ale to już jutro. Jestem tak masakrycznie zmęczona, że padam na pyszczek. 

24 listopada 2017

4.

Śniadanie:
68 g kajzerki - 190 kcal
130 g jogurtu śmietankowego - 174 kcal
58 g krajzerki - 162 kcal
rzodkiewka - 2 kcal
II:
Zapiekanka - 400 kcal
Na mieście:
(105 g) Frytki - 268 kcal
Bubble tea trochę od znajomej - 100 kcal
Lody - 400 kcal
W sumie: 1696 kcal
-493 kcal z krokomierza

To beznadziejne uczucie, że gdyby nie fast foody, to nawet bym się nie zbliżyła do mojej dolnej granicy. A wartości, poza frytkami (te podaję za kfc) są na 98,9% zawyżone. Więc podejrzewam, że zjadłam w granicach ok. 1500 kcal, ale wolę zawyżać niż zaniżać. 
Cały czas mam w głowie "nie jedz", "będziesz gruba", "nie rób tego". Jestem tak cholernie zmęczona. Mam ochotę się zwyczajnie poddać. Chcę być zdrowa, ale... Nie wiem już sama, co powinnam zrobić. Zobaczę na pierwszym ważeniu...
Momentami wszystko mnie przerasta. Jestem zmęczona. Tak bardzo zmęczona. Jutro będzie lepiej. Musi być. 

23 listopada 2017

3.

Śniadanie:
155 g kopytek - 194 kcal
130 g ogórków kiszonych - 16 kcal
225 g bigosu z cukinii - 146 kcal
415 g jabłka - 216 kcal
Poza tym:
Falafel - 450 kcal
Lody - 280 kcal
Czekolada 90 g - 480 kcal
W sumie: 1782 kcal
I teraz mam takie nie wiem, co. W limicie się zmieściłam, chociaż jadłam sporo na mieście. Yyy, takie... czy powinnam zaliczyć to jako dzień fast foodowy, czy nie? Nie wiem. Bo już raczej dzisiaj nic nie będę jadła. A te dni zarezerwowałam dla dni, w których idę na miasto zjeść i wiem, że nie zmieszczę się w limicie, ale nie chcę mieć wyrzutów sumienia. Bo gdyby nie czekolada, to, kurczę, przekroczyłabym tylko o dwa kcal dolny limit. I takie, takie... kurde. 

Czekolada była okresową zachcianką. Boli mnie cholernie, ten okres przeżywam mocniej niż zwykle, więc sobie na to pozwoliłam. I nie ma w tym nic złego. Tak ostatnio podjadam czekoladę. Bo mój organizm się tego domaga. Skończy się burza hormonalna przy okresie i zapewne się skończy. Co jakiś czas odzywa się u mnie taka mania. Czasami można jej ulec.

Idzie mi różnie z postanowieniami. Jestem padnięta non-stop. Okres daje się we znaki (zwykle przechodzę to lżej, więc po mnie tego nie widać) i mam ochotę spać, jestem pozbawiona wszelkiej energii. Ale nie będzie to trwało wiecznie. Najpewniej pojutrze/w niedzielę, gdy minie najgorsze, znowu zacznę ożywać. Ale nsd Pałacem Pamięci cały czas pracuję. 

Teraz tylko wykąpać się i spać. 

22 listopada 2017

2.

Śniadanio-obiad:
11 x pancakes - 775 kcal
2 x pasek truskawkowej Milki - 220 kcal
Paluszki - 70 kcal
Kolacja:
falafel z Subwaya - 555 kcal
W sumie: ok. 1620 kcal

Wiecie jak ciężko jest się zmusić do zjedzenia tych kalorii? Ciągle towarzyszy mi świadomość, że to zbyt dużo, ale się nie dam. Wygram z tym. Bo jak nie ja, to kto?

17:37
Kolację zjadłam w Subway'u, ale nie liczę tego jako dnia wolnego. Zmieściłam się zgrabnie w limicie. I kilkadziesiąt minut temu zrobiłam coś, co sprawia, że dziwnie się czuję. Szłam na przystanek z osobą  mojej klasy, gdy zaczepił nas jakiś gość. Wyglądał na bezdomnego i poprosił o kupno czegoś do jedzenia. Więc to zrobiłam. Kupiłam mu pierogi w restauracji, dałam i wyszłam. Nie wiem czemu, ale jakoś dziwnie się przez to czuję. Nie umiem opisać tego uczucia. Żal mi tego mężczyzny. Naprawdę. A z drugiej... z drugiej strony chcę już o nim zapomnieć. Nie chcę go pamiętać.
Okres mi się zaraz zacznie. Wiem już skąd ta wielka ochota na słodkości. Stąd pancakesy i czekolada. Nie mam już siły na nic. Chcę tylko się położyć i zasnąć. Tak też chyba zrobię. Wiem, że nie komentuję u Was, ale postaram się to jutro zmienić.
Znowu włączają mi się anorektyczne myśli, żeby jeść poniżej 500 kcal. Że przytyję. Że jestem gruba. Boję się. Nie bez powodu aż tak zwiększyłam limity. Nie chcę skończyć w szpitalu. Boję się, że jeżeli coś wyjdzie, to mogłabym mieć w przyszłości problemy z adopcją...

21 listopada 2017

1.

Śniadanie: 
25 g makaronu (przed ugotowaniem ważony) - 88 kcal
150 g "domowego bigosu z cukinii" - 98 kcal
132 g ogórków kiszonych - 16 kcal
II:
50 g ciastek zbożowych - 218 kcal
Obiad:
155 g kopytek - 194 kcal
130 g bigosu z cukinii - 85 kcal
Kolacja:
3 x grzanka - ok. 400 kcal
jabłko - ok. 100 kcal
Dodatkowo:
Franuz z jagodami - 380 kcal
3 paski Milki - dzień bez wliczania
W sumie: 1550  kcal/1800 kcal
-355 kcal z krokomierza

Siedzę tak sobie. I myślę, i siedzę, i zdałam sobie sprawę, że nie. Chcę żyć normalnie. Chcę żyć i nie bać się patrzeć w lustro. Chcę mieć dość siły, by zrobić cokolwiek. Chcę się cieszyć. Być. Istnieć i funkcjonować. Tak, chcę schudnąć, ale nie może mi to przysłonić mojego prawdziwego celu. Nie może to sprawić, że zacznę bardziej się nienawidzić. Droga do samoakceptacji jest długa i żmudna. Wygram. Dam sobie z tym radę, prawda? Moje CPM wynosi ok. 2300 kcal na dzień. Będę jeść o 500 kcal mniej na tygodniu, na weekendzie do CPM i nie schodzić poniżej PPM. Ćwiczyć, ruszać się, żyć. Czyli zaczynamy ustalać jeszcze raz.
Jeżeli chodzi o dietę:
  1. Limit na tygodniu od 1300 kcal do 1800 kcal.
  2. Limit na weekendzie od 1300 kcal do 2300 kcal.
  3. Raz w tygodniu mogę sobie pozwolić na trzy paski/kawałki (w przypadku Toblerone) czekolady bez wliczania ich do bilansu.
  4. Dwa razy w tygodniu mogę wyskoczyć ze znajomymi do fast fooda. Raz do jakiejś kawiarni. W te dni nie liczę tamtego jedzenia. Ale też się nie obżeram, normalny posiłek w takim miejscu, tylko że niewliczany do bilansu.
  5. Żeby dzień zaliczyć, nie mogę przekroczyć bilansu o więcej niż 100 kcal. Jeżeli mam 1800, to mogę zjeść maksymalnie 1899, żeby było zaliczone. Niemniej lepiej nie wkraczać w te rejony.
  6. Leków do bilansu nie wliczam.
  7. Przynajmniej godzina ćwiczeń w tygodniu.
  8. Raz na miesiąc dzień "oczyszczenia", w którym będę jadła same owoce i warzywa.
  9. Ważenie raz w tygodniu, co sobotę.
Jeżeli chodzi o życie:
  1. Pobudka o 4:50 na tygodniu.
  2. Rano przynajmniej 15 minut medytacji, najlepiej też kilka minut wieczorem.
  3. Praca nad Pałacem Pamięci.
  4. Dodatkowa medytacja przed ćwiczeniami telekinezy.
  5. Regularne pisanie tutaj.
  6. Przynajmniej raz w miesiącu siąść do ,,Uzdrowicielki".
  7. Ogarniać pokój.
  8. Uczyć się. 
Tak właściwe, to nawet gdybym wliczała Milkę, mogłabym zaliczyć ten dzień. Ale nie. Dzisiaj dzień bez jej wliczania, więc duży luz. Dzień minął dobrze, teraz tylko nie zwalić tego na noc. :)

Edit: 1767 - nie jest tragicznie.

20 listopada 2017

0.

Żyję. Wow. Szok i w ogóle. Ledwo, ale jednak. Kolejne dni zawalone. Sweet. Ale będzie lepiej. Musi być. Pragnę normalności i stabilizacji. Powiedziałabym od dzisiaj, ale czuję się, jak wielkie G, najpewniej mam gorączkę i ból rozsadza mi czaszkę, więc boję się lekko, że zasłabnę. Zjem kolację i idę spać. Jutro tylko cztery lekcje, będzie dobrze.

Boję się przyszłości. Tego, co będzie. Od jutra chcę wprowadzić pewne zmiany. Wiele razy już próbowałam. Tym razem musi się udać.

  1. Raz w tygodniu dzień, w którym będę jadła do 600 kcal.
  2. Dzienne limity na tygodniu szkolnym w granicach 400-1500 kcal.
  3. W weekendy, gdy jestem w domu, limity będą wyglądać następująco: sobota 400-1600 kcal, niedziela 400-1800 kcal.
  4. Raz w tygodniu mogę sobie pozwolić na trzy paski czekolady/trzy kawałki  Toblerone.
  5. Dwa razy w miesiącu mogę wyjść ze znajomymi do Fast Fooda + jeden raz na wizytę w kawiarniach. 
  6. Pobudka na tygodniu o 4:50.
  7. Po pobudce śniadanie.
  8. Minimum 15 minut medytacji rano.
  9. Po medytacji czas na dalsze kształtowanie Pałacu Pamięci.
  10. O 6:00 mam się zacząć ogarniać, żeby przygotować się do szkoły. 
  11. Idealne stopnie. Minimum trzy ze wszystkiego. 
  12. Przynajmniej godzina ćwiczeń w tygodniu. 
  13. Praca nad telekinezą. Przynajmniej raz dziennie.
  14. Uczyć się. 
  15. Leki nie wchodzą do bilansu. Zdrowie jest najważniejsze.
  16. Przynajmniej raz w miesiącu siąść nad "Uzdrowicielką".
  17. Pisać regularnie na blogu.
  18. Ważenie raz w tygodniu, rozpoczynając od przyszłej środy.
  19. Dni liczę na nowo.
Wytyczne, których będę przestrzegała. Chcę osiągnąć perfekcję i harmonię. Z sobą. Z przyrodą. Ze światem. Żyć w zgodzie z Matką Ziemią i głosem mego serca. Pragnę schudnąć, ale nie może mi to przysłonić ważniejszych celów. Samospełnienia i tego, że każdy z nas jest przeznaczony do czegoś więcej niż tylko wyglądania ładnie. Mamy w życiu jakąś rolę do spełnienia. I szukam swojej.
Pragnę zrobić coś szalonego i podjąć pięć kierunków na studiach:
*psychologię - chcę licencjat,
*pedagogikę - chcę magistra,
*archeologię - tutaj jeszcze nie zdecydowałam,
*prawo - chcę licencjat, 
*behawiorystkę zwierząt lub dziennikarstwo - chcę licencjat,

Ponadto, jak już wspominałam, zamierzam sama zarobić na te studia. Oraz na kursy. Chcę być jak najlepsza w różnych dziedzinach. Zaplanowałam sobie już, że pójdę na kursy:

*mediacji, 
*baristyczny,
*tańca,

Powoli wracać zamierzam do sportów:
*pływanie,
*jazda konna,
*bieganie.

Mój cel na 2018 rok? Pobiec w ćwierćmaratonie. Czas zacząć się wprawiać już teraz. Walić to, że zima się zbliża.
Napisałabym coś więcej, ale spać. Tak bardzo. 

16 listopada 2017

42.

ok. 1950 kcal
- 500 kcal z krokomierza
Nienawidzę mojej okolicy. Jest ponura, szara i podejrzana. Nie wiem, skąd mi się wzięła ta niechęć, ale czekam niecierpliwie na wrzesień i zmianę lokum. Myślę też o witarianiźmie. W sumie. Nawet podoba mi się ta myśl. Przejść na witarianizm i jeść minimum 1300 kcal na dzień, ale samych roślin, które nie byłyby przetworzone. Chciałabym spróbować tej szaleńczej wizji. Więc tak... muszę sobie koniecznie kupić blender. Podstawa.

16:05
Albo i nie. Na razie motam się między weganizmem a wegetarianizmem. Witarianizm to chyba jeszcze nie to. Nie teraz. Dalej zamierzam zakupić dużo owoców i warzyw niedługo, ale jeszcze nie jestem gotowa. Dzisiaj zjadłam bardzo dużo. Bilans byłby ładniejszy, gdyby nie gniazdko i bułka ze szpinakiem. Ale luz. Po odjęciu kalorii z krokomierza nie jest tak źle, c'nie?

19:42
Jutro wracam do domu. Dziś zakuwanie na wos. Wczesna pobudka, potem muszę zrobić sobie śniadanie. Następnie trzy lekcje, konferencja i bieg na busa. W poniedziałek mam lekarza, więc nie będzie mnie w szkole. Wiem, że nawalam z komentowaniem, ale śledzę. Aktualnie na przemian mam ochotę się zabić i walczyć mocniej. Ale dam radę. Zwyciężę. Chociażby dla tatuażu, który zamierzam sobie zrobić.
Wilcza łapa w środku której byłby znak Welesa (patrona, m.in. wędrowców i poetów), na zarysie (potem przechodziłby do środka, by wić się wstęgą) byłby cytat:
"Każdy wojownik światła bał się kiedyś podjąć walkę.
Każdy wojownik światła zdradził i skłamał w przeszłości.
Każdy wojownik światła utracił choć raz wiarę w przyszłość.
Każdy wojownik światła cierpiał z powodu spraw, które nie były tego warte.
Każdy wojownik światła wątpił w to, że jest wojownikiem światła.
Każdy wojownik światła zaniedbywał swoje duchowe zobowiązania.
Każdy wojownik światła mówił „tak”, kiedy chciał powiedzieć „nie”.
Każdy wojownik światła zranił kogoś, kogo kochał."
Na opuszkach zaś byłoby (rozmieszone część wyrazów na każdym z opuszków):
"I dlatego jest wojownikiem światła. Bowiem doświadczył tego wszystkiego i nie utracił nadziei, że stanie się lepszym człowiekiem."
Główna część łapy byłaby owinięta przez smoczy tułów. Głowa gadziny w indiańskim pióropuszu zaś znajdowałaby się pomiędzy opuszkami.
Cholernie trudny projekt. Pewnie będzie mnie kosztował w cholerę i ciut ciut kasy, ale jest bardzo symboliczny. Cytat daje mi nadzieję na siłę. Znak Welesa już wyjaśniłam. Smok - mądrość, siła i spryt. Wilk - lojalność, odwaga i poświęcenie. Pióropusz - twarda, niezłomna postawa przy równoczesnym respektowaniu innych. Jeżeli cały cytat się nie będzie wchodził w grę, to najpewniej zostanie zastąpiony przez:
 "Wojownik światła niewiele sobie robi ze spójności. Nauczył się żyć ze swoimi sprzecznościami." 

Tak. Chcę umrzeć. Tak. Życie jest w chuj trudne i ciężkie, ale nie mogę się załamać. Muszę dać sobie radę. Bo jeżeli teraz upadnę, to tak, jakbym powiedziała "wygraliście, wy chuje, wygraliście". A na to nie mogę sobie pozwolić. Zetrę im te pieprzone uśmiechy z ust. Najpierw stanę się zgrabna i szczupła. Zmienię swój wygląd. W sobotę jadę do fryzjera. Ścinam włosy. Moje piękne, długie loki obetnę i najpewniej przekażę na peruki. Właśnie sprawdziłam od ilu przyjmują. Od 25 cm. Na pewno będzie więcej. Już raz oddałam ponad 40 cm. Tym razem będzie mniej, ale włosy mam zdrowsze i silniejsze. Poza tym są bardzo gęste. Pół moich włosów ma objętość włosów u jednej z moich znajomych (a ma dosyć gęste włosy, więc wyobraźcie sobie tę szopę na mej łepetynie). Początkowo chciałam je sprzedać, ale zrezygnowałam. Wolę zrobić coś dobrego. Chcę stać się lepszym człowiekiem. Wojownikiem światła, jak się często śmieję. Wierzę w to. Trzymajcie się, Słońca. 

15 listopada 2017

41.

ok. 1300/1500 kcal
61,9 kg.

Nie chcę. Ja już nic nie chcę. Mam dość miasta. Potrzebuję odpocząć. Potrzebuję odetchnąć. Zaszyć się w znajomym kącie. 

14 listopada 2017

39.

1450/1500 kcal
62,7 kg.
Przytyłam. Niestety. Ale przynajmniej przez ostatni tydzień, gdy jadłam w zasadzie bez liczenia kalorii, nie drgnęła waga. Jest okay. Do końca tygodnia chcę 61. Powoli. Jeżeli będzie mniej, będzie to okay. Postaram się nie schodzić poniżej 800 kcal. Z takim naciskiem na "postaram się", bo nic nie obiecuję.
Staram się oczyścić umysł. Buduję aktualnie własny Pałac Pamięci. Aktualnie jest to dwupiętrowy dom w ogrodzie. Na parterze mam łazienkę, duży salon i kuchnię połączoną z jadalnią. Salon to takie miejsce do wszystkiego. Ostatnio na kominku siedział mały, wkuźwiający komornik, bo chciałam zapamiętać, ilu ich jest w Polsce. Będę musiała wreszcie go posprzątać i przenieść kulturystę i baletnicę z dywanu, na którym są, do pierwszego pokoju po lewej stronie od strony schodów na pierwszym piętrze.  To pokój, w którym króluje fizyka, a kulturysta (jeździ na rowerze w kółko, trzymając równocześnie linę, która przymocowana jest do środka koła, drugą ręką wyciska ciężary) jest wzorem na siłę dośrodkową. Baletnica zaś (cały czas skacze i się potyka, dosyć mierna z niej osóbka) ma symbolizować siłę grawitacji. I ramkę też muszę wynieść, bo nie potrzebuję dłużej w salonie pierwszej i drugiej prędkości kosmicznej. Muszę też ogarnąć tablicę-notes (główną ścieżkę) w kuchni. Na tę chwilę sprawdza się świetnie, ale chcę, jeszcze nim wyjdę do szkoły, usunąć z niej śniadanie (taak, zapamiętuję tak beznadziejne rzeczy jak to, co mam zjeść na śniadanie) i umieścić na pierwszym miejscu matmę i historię - a raczej ich naukę.
Do historii mam osobny pokój. Pierwszy pokój po prawej stronie korytarza od schodów. Na drzwiach wisi karykatura mojego sora od historii i wosu, którego panicznie się boję. Aktualnie mam tam mapę II RP z wielkimi neonowymi, świecącymi datami 1921-1922. Jest też Paderewski grający na pianinie 26 grudnia 1918 r. i biało-czerwono-żółto-niebieski ryś mający symbolizować traktat ryski z 18 marca 1921 r. Dobra, jest godzina 6:21. Potem dokończę opis mojego Pałacu. Teraz czas na krótką medytację. Po powrocie ze szkoły pewnie zrobię dłuższą rundkę, ale teraz chcę jeszcze poćwiczyć z pięć minut telekinezę (mój drugi projekt), więc...

16:47
Podejrzewam, że w rzeczywistości nie zjadłam tyle. Pewnie mocno zawyżyłam mleko roślinne i sos pomidorowy w obiedzie, ale... niech zostanie. Od przyszłego tygodnia zabieram śniadania gotowe do szkoły. Żeby nie wydawać hajsów.

17:43
Idę spać. Jestem cholernie zmęczona. Jutro odrobię lekcje i postaram się Was odwiedzić.

9 listopada 2017

38.



Wróciły mi myśli samobójcze. Najchętniej to już dzisiaj pożegnałabym się z życiem. Ale gram dalej i się nie poddaję. W końcu muszę, c'nie? Waga stoi w miejscu. To dobrze, bo nie liczyłam przez trzy dni kalorii, a na pewno jadłam w okolicach mojego CMP.  Co prawda powrót do 62,6 kg zdecydowanie mnie nie zadowala. Ale bez wpadania w panikę, dam sobie radę. 
Chcę zmienić klasę i nie wiem, co robić... Z jednej strony uwielbiam moich znajomych z obecnej, a z drugiej chcę mieć rozszerzony polski zamiast angielskiego. 
Wasze blogi odwiedzam i czytam. Po prostu nie mam siły na komentowanie. Potrzebuję jeszcze trochę czasu, żeby wrócić do siebie. Wiem, że dużo mi to zajmuje, ale... naprawdę nie mam sił już na nic.
Jutro wycieczka. Może wreszcie odpocznę...
Postaram się jak najmniej jeść. Muszę jednak pozbyć się tego, czego zamrozić nie mogę. Uh. No nic... Idę spać.

6 listopada 2017

37.

Przez kilka dni nie będę liczyć kalorii. Jem oczywiście z głową. Potem się zważę i zadecyduję. Nie chcę rzucać się na głęboką wodę, bo to nie będzie miało sensu. Dzisiaj jeszcze nie mam siły. Jutro wejdę na Wasze blogi, Słońca. Obiecuję.

5 listopada 2017

36.

Dzisiaj wlazłam na wagę. 65 kg. Ale po jedzeniu i piciu i w ubraniach, więc pewnie coś koło 64-63 jest. Porażka. Mam ochotę zrobić sobie krzywdę. Ale nie. Dam radę. Jestem silna. Przez dwa tygodnie będę na stancji. Przywiozłam masę jedzenia. Dostałam też 100 złotych na te dwa tygodnie. Mój cel? Nie wydać ani złotówki na żarcie. Mam owoce, mam wegańskie produkty, mam gotowce od mamy, makarony... tak długo, jak tylko mogę, nie wydaję żadnej kasy na jedzenie. Muszę to zużyć i dopiero coś kupię. Co nie oznacza, że zamierzam dużo jeść... Jak najmniej. Jak zemdleję, to nic. Ma być jak najmniej.
Coraz częściej myślę o rzuceniu szkoły po osiemnastce, podjęciu pracy i zaocznym liceum. Ale z drugiej szkoły... nie po to dostałam się do "prestiżowej" placówki, żeby jej teraz nie ukończyć, nie? Meh. Sama nie wiem, co ze sobą zrobić. Z jednej strony ten cichy głosik w mojej głowie, który mówi, że już wkrótce to wszystko się skończyć. A z drugiej głos, który przekonuje mnie, że dam sobie radę i muszę walczyć. Kto wygra? Nie wiem. Nie wiem czy chcę wiedzieć. Na tę chwilę walczę. Nie chcę się poddać. Jeszcze nie.
Jutro wracam do normalnego życia. Dam radę.

3 listopada 2017

35.

Matka powiedziała mi to wprost.
Czuję się jak ostatni śmieć.
Zachowują się normalnie.
Tylko że ja nie potrafię. Cały czas w mym umyśle dźwięczą jej słowa. I boli. Tak cholernie boli. Chcę, żeby to się skończyło. Wszystko.

2 listopada 2017

34.

Po osiemnastce mam się wynosić. Nie rycz, Lisie. Dasz sobie radę. Zawsze dawałaś. Nie potrzebujesz ich do szczęścia.
.
.
.
.
.
.
template by oreuis