Ostatnim czasem jest tak, że średnio raz, dwa razy na tydzień chcę umrzeć. A raczej... nie tyle umrzeć, co żeby przestało boleć. Bo ten psychiczny ból rozrywa mnie na strzępy. Zabija. Wczoraj zdałam sobie sprawę z tego, że nie zasługuje nawet na to, by być szczęśliwą. Nie zasługuje na dobro, które otrzymałam. Jestem pieprzonym ciężarem, który niesie tylko ból i smutek. Ciężarem, którego trzeba się pozbyć. Nie wiem jeszcze jak. Nie wiem jeszcze kiedy. Któregoś razu zaboli tak bardzo, że przestanę oddychać. Na zawsze. Mam dość tego wszystkiego. Mam dość jedzenia. Mam dość wyzwisk, które kierowane są w moją stronę/na moje rodzeństwo. Mam dość tego, że jestem nikim. Mam dość tego bólu. Mam dość narzekań, kpin i niezrozumienia. Chcę tylko przestać.
Chciałam to zrobić w nocy. Jestem jednak w domu. Nie byłabym zdolna narazić ojca na ten widok. I to jest największy problem. To, że chcę odejść i nie chcę przy tym nikogo skrzywdzić. To, że nie potrafię znieść myśli o tym, że mogliby cierpieć przeze mnie. To głupie. Przecież po jakimś czasie zapomną, że w ogóle istniałam. Wszyscy zapomną. Nikt nie będzie pamiętał o rudzielcu, który chciał tylko, żeby przestało boleć.
Już nie płaczę, kiedy przelewam słowa siedzące w mym umyśle.Wczoraj wylałam wszystkie łzy. Dzisiaj pozostała tylko pustka. Niech ona zniknie, proszę. Są ludzie, którym chciałabym tak wiele powiedzieć. Przeprosić. Błagać o wybaczenie. Nie potrafię.
Nie wiem jeszcze sama, co zamierzam zrobić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz