5 października 2017

09.

88 kcal
Czuję się masakrycznie gruba. Waga pokazała 62,2 kg. I nawet świadomość, że w nocy co chwilę się budziłam i piłam (nie wiem, z 1 l wypiłam na pewno) i to pewnie sprawka wody (wmawiaj sobie, Lisie, wmawiaj, jesteś po prostu gruba), nie pomogło. Wyrzuty sumienia dalej są. I pewnie zostaną już na stałe. Wczoraj po prostu płakałam. Łzy mi leciały po policzkach i dosyć szybko zasnęłam. Patrzę na tę czerwoną kreskę na nadgarstku i w sumie cieszę się ze swej słabości. Jest na tyle niewielka, że mogę wmówić, iż to podrapanie przez szczura (młodzi zafundowali mi kilka takich na weekendzie), więc jest okay. Następnym razem będę myśleć. Miejsce, w którym nikt nie zauważy. Bo na basenie mogłoby się rzucić w oczy...
Jeszcze nie wiem, co zrobię z dniem dzisiejszym. Na tę chwilę wypiłam jakieś 1,5 l wody. I wciąż chce mi się pić. Siedzę przy otwartym oknie, bo było mi cholernie gorąco. Czoło też mam ciepłe. Ale poza tym jest okay... meh, mój żołądek jest bez dna. Burczał niewdzięcznik. Niech się pieprzy. Jutro muszę zjeść tofu, które otworzyłam (190 kcal zostało), a dzisiaj? Nie chcę nic jeść. Ani fasolki, która miałaby w sumie 100 kcal, ani pomidorów, ani nic innego. Może, ale to może, przed pójściem do szkoły zmuszę się do zjedzenia jednej kromki chrupkiego pieczywa (19 kcal) z połową pomidora (20 kcal). Chociaż po wczorajszym i to 39 kcal wydaje się być zbyt dużą ilością.
I tak teraz sobie myślę, że zmieniłam się przez rok. Kiedyś wszamanie takiej pizzy by mnie nie obeszło. Kiedyś bym skwitowała to śmiechem i tekstem "może pójdzie w piersi". Teraz nie chcę tych cholernych piersi. Już moje wydają mi się zbyt duże, a nie mam czym się chwalić. Jestem tym specyficznym przypadkiem, który cieszy się, że podczas odchudzania piersi się zmniejszają. Kiedyś bym nie płakała. Kiedyś nie byłabym w emocjonalnym dole, z którego nie potrafię wyjść. Kiedyś bym się nie karała, miałabym dość siły, by nie zmuszać się do karania. Kiedyś było inaczej. Mimo trudności byłam radosna i pogodna. A teraz?
 Mam jeszcze trzy godziny. Muszę się nauczyć na kartkówkę z polskiego i z woku... Jak bardzo nic mi się nie chce.

18:16
Przeczytałam lekturę na polski. I chcę już tylko spać. Jutro znowu pobudka o czwartej. Jestem piekielnie zmęczona, ale muszę jeszcze przygotować strój na basen i wstawić wodę, żeby rano była chłodna. Dzień zakończyłam na 88 kcal. Więcej niż planowałam. Jutro... może być źle, bo wracam do domu. Będę starała się kontrolować i równocześnie ukrywać, że nie jem. Kąpiel w mleku jest przyjemna, więc najpewniej w taki sposób uspokoję niepokój. Pół butelki mleka zniknie w wannie, trochę chleba u ogonków, trochę żarła zjedzą psy, trochę pokręcę się po kuchni i będzie dobrze. Musi być.

1 komentarz:

  1. Co się stało przez rok? Twoja reakcja rok temu była naprawdę dobra. Podchodzić do wszystkiego z optymizmem, z umiechem na twarzy, nie przejmować się i PRZEDE WSZYSTKIM - nie karac.
    Waga Ci podskoczyla przez wodę. Nie ma co się oszukiwać, ze zgrublas. To po prostu woda.
    Bardzo mało zjadłaś. Uważaj w domu na siebie.
    Trzymaj się ;3

    OdpowiedzUsuń

.
.
.
.
.
.
template by oreuis