ok. 1600 kcal
-188 kcal
4:24
A ja czekam na rozpoczęcie się transmisji koncertu. Znaczy... transmisja już się rozpoczęła, ale do samego koncertu jeszcze pięć minut. ;-;
Linkin Park w sumie towarzyszyło mi od zawsze. Brat słuchał tego, gdy byłam mała. Nie pamiętam, żebym się jakoś specjalnie przysłuchiwała, ale moja własna przygoda z nim rozpoczęła się jakieś siedem lat temu. A ta prawdziwa jakoś w marcu 2012 roku. Wcześniej słuchałam, bo słuchałam. W marcu się zakochałam. W sierpniu zorientowałam, że ominął mnie koncert i tragedia. Potem prawie dwa lata czekania i... grają we Wrocławiu! Muszę jechać! Pojechałam. Z bratem i siostrą. Zabrali dwunastoletnie wtedy jeszcze (dobra, trzynaste urodziny miałam mieć miesiąc później, więc ciii) szczyla na koncert do Wrocławia. Spełnienie marzeń. Radość, pisk. Wciąż pamiętam, jak bardzo zakochana w tej muzyce byłam.
Linkin Park towarzyszy mi wszędzie. W domu, na stancji, w drodze do szkoły, podczas spacerów... Nie ma dnia, żebym chociaż jednej ich piosenki nie posłuchała. Głos Chestera dawał mi siłę, kiedy jej nie miałam. Wciąż daje, chociaż miną jeszcze długie dni, nim zdołam słuchać niektórych piosenek bez bólu w sercu. Może i to głupie tęsknić za kimś, kogo się nie poznało, ale ten zespół jest częścią mojego życia. Mike, Rob, David, Joe, Brad... no i Chester, nawet jeżeli nie ma go już wśród żywych... zawsze będą częścią mojego życia. Teraz i za sto lat.
Zaczęło się.
Oglądam i płaczę. Ale nie tylko ja. Widzę łzy w oczach zebranych tam ludzi, gdy kamera na nich wskaże.
Te wstawki wspomnień. Chester śpiewający "mamamamamamama!". I "Numb". Tłum śpiewający "Numb" bez niego.
Przy "Castle of Glass" łzy przestały lecieć. Dziwnie jest przeżywać śmierć kogoś, kto był równocześnie obcym człowiekiem i kimś bliskim.
5:54
Jestem już tak bardzo zmęczona, oczy mi się kleją, ale chcę dotrwać do końca.
12:40
Dotrwałam do końca live'a. Teraz, po pięciu godzinach nie jestem wciąż w stanie wyjść z szoku. Płakałam, śmiałam się i śpiewałam pod nosem. Ale wiecie co, kochani? Będę walczyć. Nie poddam się. Kiedy słuchałam słów Talindy, podjęłam ważną decyzję. Nie chcę się poddawać. Bo miałam już plany. Zarys. Nie mogę. Nie mogę tego zrobić. Mam przecież plany. Marzenia. Nie mogę ich porzucić. Jeden człowiek nie zmieni losów świata. Ale mogę inspirować, dzielić się sobą i moimi pasjami. Jeżeli tylko się odważę, przestanę się bać, mogę zmienić czyjeś życie na lepsze. Wierzę w to. Może któraś z Was uzna to, co piszę za głupotę, ale... czy jeżeli istnieje chociaż cień szansy, nie powinnam spróbować?
Podejrzewam, że w moim przypadku to już nie jest zwykłe odchudzanie się. Weszłam w to zbyt mocno. Płacz, gdy widzę na wadze więcej, niż bym chciała. Tendencje do głodówek (muszę się zmuszać do jedzenia). Paniczny strach przed przytyciem. Ale dam sobie radę. Schudnę, a potem wrócę do nowego, lepszego życia. Nie poddam się. Będę szczęśliwa.
15:47
W rzeczywistości mam nadzieję, że nie przekroczyłam 1400 kcal i mocno zawyżyłam bilans.
16:53
To, czy zaliczam dzień, pokazuje w dużej mierze to, jak się czuję. Nie zaliczam ich obiektywnie, tylko subiektywnie. Dziś przegrałam walkę z samą sobą, ale mam całą wojnę do wygrania. Nie pozwolę, by jedna porażka mnie pokonała. Nigdy.
Linkin Park w sumie towarzyszyło mi od zawsze. Brat słuchał tego, gdy byłam mała. Nie pamiętam, żebym się jakoś specjalnie przysłuchiwała, ale moja własna przygoda z nim rozpoczęła się jakieś siedem lat temu. A ta prawdziwa jakoś w marcu 2012 roku. Wcześniej słuchałam, bo słuchałam. W marcu się zakochałam. W sierpniu zorientowałam, że ominął mnie koncert i tragedia. Potem prawie dwa lata czekania i... grają we Wrocławiu! Muszę jechać! Pojechałam. Z bratem i siostrą. Zabrali dwunastoletnie wtedy jeszcze (dobra, trzynaste urodziny miałam mieć miesiąc później, więc ciii) szczyla na koncert do Wrocławia. Spełnienie marzeń. Radość, pisk. Wciąż pamiętam, jak bardzo zakochana w tej muzyce byłam.
Linkin Park towarzyszy mi wszędzie. W domu, na stancji, w drodze do szkoły, podczas spacerów... Nie ma dnia, żebym chociaż jednej ich piosenki nie posłuchała. Głos Chestera dawał mi siłę, kiedy jej nie miałam. Wciąż daje, chociaż miną jeszcze długie dni, nim zdołam słuchać niektórych piosenek bez bólu w sercu. Może i to głupie tęsknić za kimś, kogo się nie poznało, ale ten zespół jest częścią mojego życia. Mike, Rob, David, Joe, Brad... no i Chester, nawet jeżeli nie ma go już wśród żywych... zawsze będą częścią mojego życia. Teraz i za sto lat.
Zaczęło się.
Oglądam i płaczę. Ale nie tylko ja. Widzę łzy w oczach zebranych tam ludzi, gdy kamera na nich wskaże.
Te wstawki wspomnień. Chester śpiewający "mamamamamamama!". I "Numb". Tłum śpiewający "Numb" bez niego.
Przy "Castle of Glass" łzy przestały lecieć. Dziwnie jest przeżywać śmierć kogoś, kto był równocześnie obcym człowiekiem i kimś bliskim.
5:54
Jestem już tak bardzo zmęczona, oczy mi się kleją, ale chcę dotrwać do końca.
12:40
Dotrwałam do końca live'a. Teraz, po pięciu godzinach nie jestem wciąż w stanie wyjść z szoku. Płakałam, śmiałam się i śpiewałam pod nosem. Ale wiecie co, kochani? Będę walczyć. Nie poddam się. Kiedy słuchałam słów Talindy, podjęłam ważną decyzję. Nie chcę się poddawać. Bo miałam już plany. Zarys. Nie mogę. Nie mogę tego zrobić. Mam przecież plany. Marzenia. Nie mogę ich porzucić. Jeden człowiek nie zmieni losów świata. Ale mogę inspirować, dzielić się sobą i moimi pasjami. Jeżeli tylko się odważę, przestanę się bać, mogę zmienić czyjeś życie na lepsze. Wierzę w to. Może któraś z Was uzna to, co piszę za głupotę, ale... czy jeżeli istnieje chociaż cień szansy, nie powinnam spróbować?
Podejrzewam, że w moim przypadku to już nie jest zwykłe odchudzanie się. Weszłam w to zbyt mocno. Płacz, gdy widzę na wadze więcej, niż bym chciała. Tendencje do głodówek (muszę się zmuszać do jedzenia). Paniczny strach przed przytyciem. Ale dam sobie radę. Schudnę, a potem wrócę do nowego, lepszego życia. Nie poddam się. Będę szczęśliwa.
15:47
W rzeczywistości mam nadzieję, że nie przekroczyłam 1400 kcal i mocno zawyżyłam bilans.
16:53
To, czy zaliczam dzień, pokazuje w dużej mierze to, jak się czuję. Nie zaliczam ich obiektywnie, tylko subiektywnie. Dziś przegrałam walkę z samą sobą, ale mam całą wojnę do wygrania. Nie pozwolę, by jedna porażka mnie pokonała. Nigdy.
Koncert napelnil Cię siła i nadzieją, dlatego bardzo się cieszę :). To, co piszesz to nie głupota. Walcz o siebie, o swoje ciało i zdrowie!
OdpowiedzUsuńTrzymaj się! ;3
piszesz piękne rzeczy! wspaniale, że znalazłaś siłę i odwagę :) jestem całym serduchem z tobą. Masz całkowitą rację - jest szansa więc walcz!!! Bo potrafisz - tylko ty sama musisz w to uwierzyć. Jedyną osobą, która cię blokuje jesteś ty sama. Trzymam kciuki <3
OdpowiedzUsuń